2008/08/25

Kokosanki.























Ulubione ciasteczka Mamutka.
Najprostsze na swiecie kokosanki.
Do ich przygotowaia potrzebna jest tylko miseczka i lyzeczka.
Swobodnie zrobilby je przedszkolak: malo pracy, malo zmywania, duzo zabawy a wszystko gotowe w 15 minut.
W odroznieniu od innych kokosanek, sa naprawde lekkie: nie ma w nich masla, smietany. Te ciasteczka po prostu sa pyszne bez dopakowywania ich.
Kiedy zobaczylam ten przepis w telewizji, nie doczekalam do konca przygotowywania, gdyz juz bylam w kuchni, koniecznie chcac sprawdzic czy te ciasteczka naprawde robi sie tak latwo i szybko. Owszem, tak;) Przepis zmodyfikowalam, do masy dodalam sok z 1/4 limonki co cudownie balansuje smak slodkiego - ciasteczka wciaz sa slodkie , ale nie mdle.
Jesli zostana wam bialka po przygotowaniu szarlotki, czy tarty... nic prostszego. Zrobcie kokosanki! Piec po wyjeciu ciasta jest juz dobrze nagrzany, wystarczy wsunac do niego blache z masa kokosowa, by za ok. 10-15 minut caly dom nieziemsko zapachnial. Trudno sie nie skusic na cieple ciasteczko, choc zimne sa rownie pyszne.
W zamknietym pojemniku moga lezakowac ok. 10 dni ale gwarantuje, ze tyle nie wytrzymaja...
Przepis zgodny z MM.






















Kokosanki
2 bialka
1 szklanka wiorkow kokosowych
2 lyzki ksylitolu lub cukru
kilka kropli esencji waniliowej
imbiru w proszku na czubku noża
szczypta soli
sok z 1/4 limonki lub cytryny
kurkumy na czubku noza


Piec nagrzac do 165 st.C.
Wszystkie skladniki dokladnie wymieszac (w podanej kolejności).
Nakladac lyzeczka na blache wylozona pergaminem, formowac malutkie placuszki.
Piec 10-15 minut lub do zrumienienia.
Smacznego!

Przepis zgodny z KPP oraz MM.

2008/08/19

Gruszka. Wino. Czekolada.




Grzane wino nie tylko na jesienne wieczory.
Tak przyprawione doda ledwo wyczuwalnej nuty pikanterii gruszkom na ktorych rozplywa sie aksamitna czekolada. A samo wino, gdy lekko przestygnie jest niewinne w smaku, (gdyz slodkawe, pachnace korzeniami), lecz bardzo "winne" w dzialaniu.
To nie jest zwykly deser na sobotni wieczor.
Raczej na okazje wymagajaca podkreslenia jej wyjatkowosci.



Winne gruszki w czekoladzie
(przepis modyfikowany zgodny z MM, zrodlo: magazyn Pani)

2-3 gruszki
1/2 butelki czerwonego pol wytrawnego wina
5 ziarenek czarnego pieprzu
1 lisc laurowy
1/2 laski cynamonu
2 lyzki fruktozy

Sos czekoladowy
1/2 tabliczki gorzkiej czekolady o zawartosci kakao conajmniej 70%(uzylam Lindt)a nie wiecej niz 75%
1 lyzka masla


Wino z przyprawami podgrzewac na wolnym ogniu. Gruszki obrac ze skorki zachowujac ogonki, jesli nie stoja samodzielnie, nalezy podciac ich podstawy. Gdy wino zacznie sie gotowac, wlozyc gruszki. Gotowac na malym ogniu ok. 15 minut, uwazac aby nie rozgotowac - powinny pozostac jedrne. Gruszki przelozyc na talerzyk wylozony papierowym recznikiem. W tym czasie przygotowac sos.
Czekolade rozpuscic w kapieli wodnej( nie na parze, tzn w tym wypadku dno naczynia z czekolada powinno byz zanurzone w gotujacej sie wodzie), nastepnie dodac maslo i mieszac trzepaczka do sosu, do momentu gdy czekolada je wchlonie (nie nalezy masla dodawac wczesniej, gdyz sos rozwarstwi sie).
Kazda gruszke przelozyc na indywidualny talerzyk deserowy, polac sosem.
Ten deser najlepiej je sie nozem i widelcem.
Ta ilosc czekolady pozwala na pokrycie czekolada 3 gruszek lub 2 gruszek i paru:

2008/08/15

Rabarbar. Crumble.



















Crumble - owoce pod kruszonką.
To zupełnie inny crumble, gdyż nie zawiera ani grama mąki.
Ale jest równie pyszny. Zamiast mielonych migdałów można uzycć orzechów woskich, laskowych a nawet pinioli. Warto eksperymentować.
Ten deser jest zupełnie "guilt free" i trudno mu się oprzeć.
Wnętrze jest lepkie, cierpko-słodkie a wierzch chrupiący, maślany i aromatyczny.



Rabarbarowe crumble
(przepis modyfikowany, zgodny z KPP oraz MM, zrodlo:You magazine)
1 pęczek rabarbaru (ok. 450 gr, po odkrojeniu koncówek)
100 gr ksylitolu
Kruszonka:
100 gr płatków owsianych
30 gr mielonych migdałów lub ulubionych orzechów zmielonych
10 gr jasnego sezamu
1 czubata łyzka ksylitolu
kilka kropli esencji waniliowej
50 gr roztopionego masła
szczypta soli
szczypta imbiru
szczypta kurkumy
kilka kropli soku z cytryny


Piec rozgrzać do 160 st.C.
Na rozgrzanej patelni rozpuszczamy ksylitol, aż stanie się złoty, uwaga!nie przypalić. Oprószamy szczyptą imbiru, po chwili szczyptą soli, dodajemy pokrojony w 3cm kawałki rabarbar. Po chwili szczyptę kurkumy. Smażyć do momentu, aż rabarbar odda sok i połączy się z karmelem a cala masa lekko zgęstnieje (chodzi o to aby soki z rabarbaru odparowały).
Tak przygotowany rabarbar przełożyć do żaroodpornego naczynia.
Przygotować kruszonkę: w miseczce wymieszać składniki w następującej kolejności:
płatki owsiane
sól
sok z cytryny
kurkuma
sezam, migdały, ksylitol, esencję waniliową, roztopione masło.
Dokładnie wymieszać i nakładać na owoce. Zapiekać do momentu, aż owoce zagotują się pod kruszonką a ona sama stanie się złoto-brązowa. Trwa to ok. 25 min.
Przestudzić.
Pyszny z zimnym gęstym jogurtem lub słodka śmietanką.

2008/08/14

Zapachy. Wspomnienia


Jest coś takiego w zapachach, ze potrafią nas w sekundę przenieść o setki kilometrów i dziesiątki lat. Zapachy maja dla mnie ogromne znaczenie. Zawsze wącham nowa książkę, jabłka na targu, pościel suszoną wiatrem i słońcem, chleb wyjęty z pieca, koszulę, która pachnie Nim, gdy jego nie ma. Zamknę oczy i wiem jak pachnie spiżarnia Dziadków, dom mojej przyjaciółki, dworzec kolejowy Warszawa Śródmieście, ciemność domu, gdy otwieram drzwi późną porą, liście orzecha szumiącego za oknem mojego pokoju, apaszka Babci wisząca w przedpokoju.

Moją wyobraźnią rządzą zapachy, jestem zapachową hedonistką i zmysł mój jest wyostrzony. Nie usiedzę w miejscu, którego zapach mnie drażni.
Nie zasnę w pościeli, która zamyka mnie w chmurze "prawdziwej świeżości". Której to "świeżości" dano jej w nadmiarze.
Rządzi mną również harmonia. Nie lubię nadmiaru. Lubię ascetyzm i przestrzeń. Zapach chłodnych, białych tulipanów. Nie dla mnie bibeloty i koronkowe firanki. Nawet najlepszy obiad nie będzie smakował jak powinien, gdy nie zadbano o urok stołu a pomidorowa nie smakuje tak-sa-mo w każdej miseczce. Naprawdę;)
Zapachy dzielą wspomnienia na etapy.
Dorastanie gdy wszystko pachniało jabłkami, wiatrem i nawet muzyka, dźwięki miały swój "aromat" i "smak", gdyż pobudzały wyobraźnię do kojarzenia jej ze smakami i zapachami.
Dzieciństwo, gdy wszystko pachniało wolnością i beztroskim...szczęściem. Kolejnymi przeczytanymi książkami. Sobotnia pajda jeszcze ciepłego drożdżowego ciasta.
Tęsknota za Mamą, która pachniała jej błękitną koszulą nocną.
To agrest zjadany prosto z krzaka i kwaskowy kompot rabarbarowy, studzony w wiaderku lodowatą wodą ze studni.
Lato, które pachniało truskawkami i malinowymi pomidorami z przydomowego ogrodu, które Babcia kładła na razowej, posmarowanej masłem kromce i jedyne czego tej kromce brakowało to soli. Proste? Proste. Magia smaku wygrzanego w słońcu. Pamiętam gorzki zapach pomidorowych gałązek, zielono-czerwonych kulek dojrzewających na kuchennym parapecie. Niedościgły smak, brak takich pomidorów, zniknęła ta magia.
Na szczęście staruszka śliwka-węgierka rodzi jeszcze purpurowe owalne kuleczki, które łączą mnie z dzieciństwem: gęsta, niemalże czarną konfitura, której aromat nie podrobią żadne kupne niby-węgierki(wiem-sprawdzałam wie-lo-kro-tnie) a w jednej łyżeczce jest fontanna smaków, o jakiej może pomarzyć niejeden pełny słoik. Knedlami kuszącymi lepkim, słodkim wnętrzem i złoto-maślaną kołderką. Chłodnikiem z malutkich kwaśnych jabłuszek, które daje jabłonka tak stara i zgarbiona, że Dziadek musi podpierać ją listewkami. Szarlotka na cieniutkim spodzie, z nadzieniem, na które trzeba obrać dziesiątki pokracznych, często robaczywych jabłuszek, których mojemu Dziadkowi żal, więc pieczołowicie obiera je malutkim ostrym jak brzytwa nożykiem.. Cieniutko, oczyszczając każdy kawałek, aż urośnie sterta biało-złotych ćwiartek gotowych oddać nam cały smak lata.
Sień w domu prababci, która pachniała ciemnością, chłodem i wiklinowymi koszykami na warzywa. Zapach tej sieni.. jest niezwykły, właściwie nie potrafię go opisać. To spokój. Nie to jeszcze coś więcej. W tym właśnie miejscu czas jakby się zatrzymał, czułam wyraźnie różnicę, w momencie przekroczenia jej progu i po opuszczeniu jej, może to tylko dziecięca percepcja. Jednak wracałam tam po wielu latach, gdy Ona już odeszła i ... ten spokój tam jest.
Może dlatego, ze Ona ten spokój w sobie posiadała. I łagodność. Pomimo ciężkiego życia, niejednej przeżytej wojny, Ona zawsze była cicha, skromna.
Jak jej drobne spracowane dłonie, które bezszelestnie przygotowywały mi śniadanie: ciemny chleb, posmarowany masłem, z plastrem zrobionego przez Nią twarogu, przykrytego jej domowa śmietaną i posypanym cukrem. I kawa zbożowa. Ugotowana w małym blaszanym garnuszku na wielkim piecu opalanym drewnem. Kawa gotowała się powolutku. Babcia schlebiała jej smakowi dodając do niej najlepszego mleka (najlepszego, gdyż posiadała własną producentkę tego mleka - krówkę;).
Ten smak bardzo długo mi towarzyszył, podążałam jego śladem, szukałam go. Gotowałam różne rodzaje kawy z cykorii, wolniutko, w małym metalowym garnuszku... na próżno. Długimi laty zamykając oczy, wracało wspomnienie upalnych poranków i zapachu, smaku tej kawy. Niestety... w końcu umknęło. Może niektóre wspomnienia, muszą odejść w niepamięć?
I wspomnienia, które chyba rozpoczęły moją pasję. Od zawsze lubiłam gotować, nie pamiętam właściwie kiedy to się zaczęło.
Może wtedy, gdy ledwo sięgałam kuchennego blatu a mama mojej Mamy uczyła mnie jak oddzielać żółtko od białka? ("Pamiętaj, jeśli choć odrobina żółtka dostanie się do białka - piana nie ubije się").
Czy może wtedy, gdy niezdarnym jeszcze pismem przepisałam cały kajecik z Babcinymi przepisami?
Może wtedy, gdy zapach olejku waniliowego przywodził mnie do kuchni, by patrzeć jak uciera się masło z cukrem, miele mak, jak rośnie ciasto drożdżowe czy lepi się pierogi?
A może wtedy, gdy upiekłam swoje pierwsze kruche ciasto ze śliwkami?
Hm...

2008/08/07

Brokuly. Kalafior. Kumin.















Czasy kiedy jadlam warzywa, surowe i gotowane, 4 razy dziennie (i jeszcze na deser;) juz minely.
W sprawie szpinaku interweniowala przez Babcie moja Mama (majac nadzieje, iz autorytet mojej ukochanej Babci przemowi mi do rozsadku)bojac sie, iz taka ilosc szczawianow jaka codziennie pochlanialam zupelnie zrujnuje mi nerki.
Nadal jednak kazde warzywa powoduja u mnie blysk w oku, wiec gdy zobaczylam malutkie brokulki i mlodziutkie kalafiorki, oczami wyobrazni widzialam juz je na talerzu.
Nie od dzis wiem, ze kazde jarzyny potraktowane odpowiednimi przyprawami zu-pe-lnie zmieniaja oblicze. To danie wymyslilam dla siebie kilka lat temu i wciaz jest jednym z moich ulubionych na lekka kolacje.
Nie chcialam odbierac im ich swiezosci, jedrnosci, dusic czy zapiekac, ale zachowac wszystkie smaki, pozostawic chrupkie.
Ugotowalam je na parze, al dente, nasycilam aromatycznym kuminem, ktorego zalety wydobywa podgrzanie go w goracym oleju lub ghee (zamiana oliwy na ghee nada warzywom jeszcze wiecej specyficznego aromatu i smaku).
Do tak przygotowanych jarzyn podalam pikanty sos pomidorowo-kolendrowy oraz kasze gryczana posypana karmelizowanym porem.
Mozna do tego zestawu dodac pokrojona w 2 cm plasterki pietruszke, czy polowki mlodych ziemniaczkow (wszystko ugotowane na parze), a juz na patelni dodac najslodsze wisniowe pomidorki przekrojone na pol(+ ew. kilka lyzek przecieru pomidorowego). W tym przypadku przyprawy koniecznie podsmazamy w ghee.
Oprocz kuminu dodac trzeba pol lyzeczki(w wersji dla odwaznych - 1 lub wiecej)curry powder hot (koniecznie indyjskiej). Mozna sprobowac dodac nieco garam masala, ale tylko gdy jest to naprawde nasza ulubiona mieszanka, moja przyjechala do mnie z Berlina i do tej pory nie udalo mi sie znalezc lepszej.
Gdy jarzyny oblepia sie przyprawami a pomidory oddadza caly plyn dodac 3 lyzki (lub wiecej) kwasnej smietany, ktora wraz z pomidorami i przecierem utworzy kremowy sos. Jesli uzylismy ziemniakow kasza w tej konfiguracji staje sie zbednym dodatkiem.
Kombinacje dan z kuminu sa wlasciwie nieskonczone. Wspaniale podkresla smak wszystkich warzyw o malej zawartosci wody.
Sprobujecie upiec dynie posypana kuminem, sola morska i pieprzem. Ostudzcie, zmiksucje ze smietana -jesienna zupa-krem gotowa. Zaskoczenie gwarantowane;)






Warzywa z kuminem

1 maly brokul
1 maly kalafior
pol lyzeczki ziaren kuminu
lyzka oleju z pestek winogron lub ghee
sol morska

Warzywa podzielone na rozyczki, posypane sola morska ugotowalam na parze.
Na mocno rozgrzany olej wsypalam kumin, poczekalam az zapachnie (trzeba uwazac aby sie nie spalil) i natychmiast wrzucilam na patelnie warzywa. Mieszalam do momentu, az kumin oblepi jarzyny.

Sos pomidorowo - kolendrowy

pol puszki krojonych pomidorow
lyzeczka oliwy z oliwek
pol lyzeczki mielonych nasion kolendry
1 zabek czosnku, zmiazdzony
1-2 lyzeczki ksylitolu/ syropu z agawy
2 szczypty platkow chilli

Do rondelka wlac oliwe, wsypac przyprawy. Gdy czosnek zacznie sie zlocic, wlac pomidory, posypac fruktoza, wymieszac. Gdy sos zacznie sie gotowac zmiksowac i gotowac na srednim ogniu az stanie sie kremowy.
















Kasza gryczana z karmelizowanym porem

kasza gryczana palona
sol czosnkowo-cebulowa (uzywam soli kamiennej, jedynie z dodatkiem suszonej cebuli i czosnku)
swiezo mielony czarny pieprz
sol morska
1 maly por
1-2 lyzeczki oleju z pestek winogron

Kasze ugotowalam na sypko jedynie z dodatkiem soli. Nastepnie rondelek owinelam szczelnie sciereczka, dalam odpoczac 10 minut. Po tym czasie wzruszylam kasze widelcem i oproszylam swiezo mielonym czarnym pieprzem.

Por podzielic wzdluz na pol, pokroic na polplasterki o grubosci pol centymetra. Smazyc na srednio goracym oleju az stanie sie zloto-brazowy.
Oba przepisy zgodne z MM.




PS Dokonalam dzis bardzo pysznego odkrycia.
Jesli nie probowaliscie jeszcze jesc jablka z maslem orzechowym, to zdecydowanie polecam!:)

2008/08/06

Tunczyk. Pomidor. Makaron.






















Komentarz jest chyba zbedny.
Bardzo lubimy ten lekki makaron, ktory wlasciwie jest daniem awaryjnym, gdyz jego skladniki, sa zelaznym zestawem w domowej spizarni.
Z lampka czerwonego wina uratuje kazda niespodziewana wizyte gosci.
Przepis zgodny z MM.



Spaghetti w sosie pomidorowo-tunczykowym

1 puszka tunczyka w sosie wlasnym ( w kawalku, nie rozdrobniony)
2-3 lyzki oliwy z oliwek
2 duze zabki czosnku
1 srednia cebula
2 lyzeczki kaparow
1 szczypta suszonego tymianku
2 szczypty ostrej papryki w proszku
1 lyzka fruktozy/ lub czubata lyzka cukru
1 puszka krojonych pomidorow
starty czerwony cheddar
garsc posiekanej swiezej bazylii
1/3 kubka pokrojonych, zielonych oliwek
sol, pieprz bialy
swiezo mielony czarny pieprz

spaghetti z pszenicy durum

W rondlu o grubym dnie rozgrzac oliwe. Zeszklic na niej pokrojona w kostke cebule oraz zmiazdzony lub pokrojony w cieniutkie plasterki czosnek. Dodac odsaczonego z zalewy tunczyka,rozdrobnic go i wymieszac z cebula i czosnkiem. Dodac sol, oba pieprze (pol na pol), kapary, oliwki, papryke oraz tymianek. Gotowac na malym ogniu ok 20 minut, mieszajac od czasu do czasu.
Pomidory zmiksowac, przelozyc do oddzielnego rondelka. Dodac fruktoze, gotowac na malym ogniu, az sos stanie sie gesty, kremowy.
Sos polaczyc z tunczykiem, gotowac pare minut, ew. doprawic sola, pieprzem i papryka. Powinien byc lekko pikantny.
Podawac ze spaghetti ugotowanym al dente, posypany drobno tartym cheddarem/parmesanem/ulubionym serem i posiekana bazylia.

Buleczki pszenne.






















"Ja wole biale pieczywo", powiedzial On.
I nie ma zmiluj. Zadne pszenno-razowe, zytnie... Ma byc biale i juz.
Prosze bardzo!:)
Przepis na Baguetins zapozyczony od Tatter , przerobilam na buleczki. Ale z tej bazy mozna robic buleczki, male paluchy, zupelnie male "kropeczki" sniadaniowe posypane makiem. Kwestia wyobrazni.
Buleczki wychodza chrupiace, w srodku mieciutkie, puszyste.
Pachna i smakuja jak te z dziecinstwa.
I jeszcze lekko cieple, posmarowane maslem, wzbudzaja pomruki aprobaty;)

Buleczki pszenne

625 gr maki (uzylam pszennej chlebowej)
1 lyzka soli
7 gr opakowanie suchych drozdzy
( lub 25 gr swiezych, ktore trzeba wtedy wymieszac z polowa wody oraz fruktoza (lub cukrem) i poczekac az urosna)
1 lyzeczka fruktozy (lub cukru)
400 ml letniej wody


W duzej misce make wymieszalam z sola, nastepnie dodalam cukier i drozdze- wymieszalam.
Dalej powoli mieszajac, stopniowo dolewalam wode.
Ciasto wyjelam na blat i zagniatalam ok. 10 minut,az stalo sie gladkie i elastyczne.
Przelozylam do wysmarowanej oliwa miski, przykrylam szczelnie przezroczysta folia i odstawilam do wyrosniecia w cieple miejsce na ciut ponad godzine. Powinno podwoic objetosc, co w tym przypadku zajelo dokladnie godzine i 10 minut.
Po tym czasie ciasto odgazowalam, podzielilam na 10 czesci i uformowalam kulki ktore przykrylam sciereczka na 10 minut(oryginalny przepis kaze dzielic na 20 czesci, ale ja potrzebowalam wieksze bulki kanapkowe).
Bulki ulozylam na blasze wylozonej pergaminem, splaszczylam dlonia i odstawilam do wyrosniecia na ok. godzine.
Pieklam w 220-225C przez 15-20 minut, z naczyniem z woda pozostawionym w piekarniku od momentu rozgrzewania, przez caly czas pieczenia.

Jeszcze jedna uwaga. Trzeba eksperymentowac z roznego rodzaju sola.
Sol morska, ktorej do tej pory uzywalam, swietna zreszta, zupelnie nie pasowala do pieczywa. Dzielila jego smak jakby na pol: jedzac czulam ciasto i zaraz obok sol, walczaca o uwage - pomimo, ze uzylam jej nie za duzo i nie za malo, w sam raz.
Sprobowalam z nowa sola, gruboziarnista srodziemnomorska, ktora zmielilam w mlynku recznym... i bingo. Ta nie konkuruje ze smakiem pieczywa ale idealnie sie z nim laczy.

2008/08/04

Czekolada. Orzechy. Brownie.






















Czekoladowo, bardzo czekoladowo. Brownies.
Ilosc czasu i wysilku wlozona w przygotowanie tego ciasta rowna sie niemalze zeru.
Przyjemnosc jego kosztowania ma znacznie wyzsza note. Upieczone orzechy pachna i smakuja nieziemsko, odrobine lepki miazsz wspolgra z nimi doskonale. Jeden kawalek zdecydowanie zaspokaja apetyt na czekolade. Najlepsze po zupelnym ostudzeniu, lub jesli jestesmy w stanie wytrwac - na drugi dzien.
Pyszne z kleksem zimnej smietany.


Wykorzystalam i nieznacznie zmodyfikowalam przepis Jamiego Olivera z "Cook with Jamie".

Brownies

250 gr masla
150 gr ciemnej czekolady (uzylam 70% Lindt)
50gr orzechow wloskich
50 gr orzechow laskowych
80 gr kakao
65 gr maki (uzylam chlebowej pszennej)
1 lyzeczka proszku do pieczenia
300 gr ksylitolu ( lub 350 gr cukru)
4 duze jajka



Piec rozgrzac do 180 C.
Czekolade i maslo rozpuscic na parze. Wymieszac z posiekanymi orzechami.
Do duzej miski przesiac make oraz kakao, wymieszac z proszkiem do pieczenia i ksylitolem. Dodac mase czekoladowa, dokladnie wymieszac.
W oddzielnej misce roztrzepac jajka, dodac do masy czekoladowej.
Mieszac do momentu, gdy masa stanie sie kremowa i jednolita.
Wlac do formy(ok. 30x30 cm), piec ok. 20-25 minut. Uwazac aby nie przepiec - ciasto powinno byc z wierzchu upieczone, lecz w srodku wilgotne i lekko kleiste...
Bardzo czekoladowe :)


Acha, jeszcze jedno - nie nalezy tego ciasta robic w zbyt duzych ilosciach, gdyz trudno jest przejsc obok niego obojetnie. Wlasciwie jest to niemozliwe:)
Zalozmy, ze idziecie do kuchni po jablko.
A tam na blacie "patrzy" na Was taki lsniacy, czekoladowy, mruga orzechami i bum! Nastepny kawalek laduje na talerzyku a jablko dawno poszlo w niepamiec.
Tak, taak..to bardzo niebezpieczny slodycz jest! Ten brownies.... ;)

Smaczneego!