
Jest coś takiego w zapachach, ze potrafią nas w sekundę przenieść o setki kilometrów i dziesiątki lat. Zapachy maja dla mnie ogromne znaczenie. Zawsze wącham nowa książkę, jabłka na targu, pościel suszoną wiatrem i słońcem, chleb wyjęty z pieca, koszulę, która pachnie Nim, gdy jego nie ma. Zamknę oczy i wiem jak pachnie spiżarnia Dziadków, dom mojej przyjaciółki, dworzec kolejowy Warszawa Śródmieście, ciemność domu, gdy otwieram drzwi późną porą, liście orzecha szumiącego za oknem mojego pokoju, apaszka Babci wisząca w przedpokoju.
Moją wyobraźnią rządzą zapachy, jestem zapachową hedonistką i zmysł mój jest wyostrzony. Nie usiedzę w miejscu, którego zapach mnie drażni.
Nie zasnę w pościeli, która zamyka mnie w chmurze "prawdziwej świeżości". Której to "świeżości" dano jej w nadmiarze.
Rządzi mną również harmonia. Nie lubię nadmiaru. Lubię ascetyzm i przestrzeń. Zapach chłodnych, białych tulipanów. Nie dla mnie bibeloty i koronkowe firanki. Nawet najlepszy obiad nie będzie smakował jak powinien, gdy nie zadbano o urok stołu a pomidorowa nie smakuje tak-sa-mo w każdej miseczce. Naprawdę;)
Zapachy dzielą wspomnienia na etapy.
Dorastanie gdy wszystko pachniało jabłkami, wiatrem i nawet muzyka, dźwięki miały swój "aromat" i "smak", gdyż pobudzały wyobraźnię do kojarzenia jej ze smakami i zapachami.
Dzieciństwo, gdy wszystko pachniało wolnością i beztroskim...szczęściem. Kolejnymi przeczytanymi książkami. Sobotnia pajda jeszcze ciepłego drożdżowego ciasta.
Tęsknota za Mamą, która pachniała jej błękitną koszulą nocną.
To agrest zjadany prosto z krzaka i kwaskowy kompot rabarbarowy, studzony w wiaderku lodowatą wodą ze studni.
Lato, które pachniało truskawkami i malinowymi pomidorami z przydomowego ogrodu, które Babcia kładła na razowej, posmarowanej masłem kromce i jedyne czego tej kromce brakowało to soli. Proste? Proste. Magia smaku wygrzanego w słońcu. Pamiętam gorzki zapach pomidorowych gałązek, zielono-czerwonych kulek dojrzewających na kuchennym parapecie. Niedościgły smak, brak takich pomidorów, zniknęła ta magia.
Na szczęście staruszka śliwka-węgierka rodzi jeszcze purpurowe owalne kuleczki, które łączą mnie z dzieciństwem: gęsta, niemalże czarną konfitura, której aromat nie podrobią żadne kupne niby-węgierki(wiem-sprawdzałam wie-lo-kro-tnie) a w jednej łyżeczce jest fontanna smaków, o jakiej może pomarzyć niejeden pełny słoik. Knedlami kuszącymi lepkim, słodkim wnętrzem i złoto-maślaną kołderką. Chłodnikiem z malutkich kwaśnych jabłuszek, które daje jabłonka tak stara i zgarbiona, że Dziadek musi podpierać ją listewkami. Szarlotka na cieniutkim spodzie, z nadzieniem, na które trzeba obrać dziesiątki pokracznych, często robaczywych jabłuszek, których mojemu Dziadkowi żal, więc pieczołowicie obiera je malutkim ostrym jak brzytwa nożykiem.. Cieniutko, oczyszczając każdy kawałek, aż urośnie sterta biało-złotych ćwiartek gotowych oddać nam cały smak lata.
Sień w domu prababci, która pachniała ciemnością, chłodem i wiklinowymi koszykami na warzywa. Zapach tej sieni.. jest niezwykły, właściwie nie potrafię go opisać. To spokój. Nie to jeszcze coś więcej. W tym właśnie miejscu czas jakby się zatrzymał, czułam wyraźnie różnicę, w momencie przekroczenia jej progu i po opuszczeniu jej, może to tylko dziecięca percepcja. Jednak wracałam tam po wielu latach, gdy Ona już odeszła i ... ten spokój tam jest.
Może dlatego, ze Ona ten spokój w sobie posiadała. I łagodność. Pomimo ciężkiego życia, niejednej przeżytej wojny, Ona zawsze była cicha, skromna.
Jak jej drobne spracowane dłonie, które bezszelestnie przygotowywały mi śniadanie: ciemny chleb, posmarowany masłem, z plastrem zrobionego przez Nią twarogu, przykrytego jej domowa śmietaną i posypanym cukrem. I kawa zbożowa. Ugotowana w małym blaszanym garnuszku na wielkim piecu opalanym drewnem. Kawa gotowała się powolutku. Babcia schlebiała jej smakowi dodając do niej najlepszego mleka (najlepszego, gdyż posiadała własną producentkę tego mleka - krówkę;).
Ten smak bardzo długo mi towarzyszył, podążałam jego śladem, szukałam go. Gotowałam różne rodzaje kawy z cykorii, wolniutko, w małym metalowym garnuszku... na próżno. Długimi laty zamykając oczy, wracało wspomnienie upalnych poranków i zapachu, smaku tej kawy. Niestety... w końcu umknęło. Może niektóre wspomnienia, muszą odejść w niepamięć?
I wspomnienia, które chyba rozpoczęły moją pasję. Od zawsze lubiłam gotować, nie pamiętam właściwie kiedy to się zaczęło.
Może wtedy, gdy ledwo sięgałam kuchennego blatu a mama mojej Mamy uczyła mnie jak oddzielać żółtko od białka? ("Pamiętaj, jeśli choć odrobina żółtka dostanie się do białka - piana nie ubije się").
Czy może wtedy, gdy niezdarnym jeszcze pismem przepisałam cały kajecik z Babcinymi przepisami?
Może wtedy, gdy zapach olejku waniliowego przywodził mnie do kuchni, by patrzeć jak uciera się masło z cukrem, miele mak, jak rośnie ciasto drożdżowe czy lepi się pierogi?
A może wtedy, gdy upiekłam swoje pierwsze kruche ciasto ze śliwkami?
Hm...