2009/12/31

Prawie Nowy.








Już prawie Nowy Rok. Już za chwilkę.
Chciałabym życzyć Wam aby nie był gorszy od starego.
A to nie mało.
Aby był rokiem nowych możliwości, nowych wyzwań.
Abyście byli zdrowi. Wy i tych, których kochacie.

Bo choroba bliskich boli bardziej niż własna.

Aby szczęście i powodzenie pukało do Waszych drzwi, a troski i porażki je omijały. A jeśli Was dosięgną, byście znaleźli siłę, by się z nich otrząsnąć i przekuć je w sukces. Bo przecież tylko ucząc się na błędach, doskonalimy się.

Miłości, miłości, miłości!

Przyjaźni, szczerej i cichej. Dobroci w życiu codziennym.

Tego wszystkiego życzę Wam (i sobie po cichutku również).

Do zobaczenia w Nowym Roku!

2009/12/29

O miłości. Sile. I prostocie szczęścia.

Dziś zupełnie niekulinarnie.

Ponad rok temu trafiłam na blog.
Blog o szczęściu.
Banalna historia. Jakich tysiące.
Dziewczyna poznaje chłopaka. Zakochują się w sobie, pobierają, rodzą im się dzieci, są szczęśliwi.
Wiodą proste życie. Bez fajerwerków.
Nienie (Ona) i Pan Nielson (Jej mąż), to młode, szczęśliwe małżeństwo, z gromadką rozbrykanych dzieciaków. Mieszkają w zwykłym domu, prowadzą zwykłe życie a Nienie prowadzi blog, w którym pokazuje nam migawki z ich codzienności: umorusane czekoladą dziecko, pies służący Jej malutkiemu synkowi za materac czy zdjęcia ze ślubu i uroczystości rodzinnych.
To co mnie urzekło, to niezwykły optymizm, radość i szczęście bijące z każdego słowa, zdjęcia.
Szczęścia, które płynie z absolutnie przeciętnych i zwykłych wydawałoby się rzeczy.
Z poranka, dziecięcego uśmiechu, spaceru czy wspólnego pieczenia ciastek.
Nienie nie zastanawia się czy potrzebuje do szczęścia czegoś więcej. Ona czerpie szczęście z tego co ma. Świat widziany jej oczami jest przepełniony miłością i spełnieniem. Codziennie jest wdzięczna za to, co dostała od losu. Z czułością przeglądająca się w oczach Pana Nielsona, którego nazywa miłością swojego życia.
Trafiam na ten blog, w tragicznym momencie, gdyż niewielki samolot, którym Nienie i Pan Nielson lecieli, rozbił się a oni z ciężkimi poparzeniami walczyli o życie.
Blog Nienie uzupełniany był o nowe informacje o stanie ich zdrowia, przekazywanymi przez Jej bliskich.
Nienie i Pan Nielson wiele miesięcy spędzili w szpitalu, nikt nie wierzył, że przeżyją.
Przeżyli. Nienie ma zdeformowaną twarz i poparzenia całego ciała.
Po długiej nieobecności wraca do prowadzenia bloga. Zastanawiałam się jak zmieni się Jej nastawienie, Jej blog. I może to zabrzmi niesamowicie, ale oprócz drastycznej zmiany w Jej wyglądzie, nie zmienia się nic.
A mogłoby, w myśl zasady " łatwo być szczęśliwym będąc pięknym i zdrowym". Nienie swoją urodę i zdrowie zostawiła w płonącym samolocie. Jest jednak niezłomna. Nie patrzy wstecz, za tym co straciła. Widzi co wygrała. Więc gotuje, robi zdjęcia, cieszy się z każdego nadchodzącego dnia a patrząc na wolne miejsca przy kuchennym stole, głośno myśli o posiadaniu kolejnego dziecka i z miłością przegląda się w oczach Pana Nielsona. Wszystko to pozwala Jej znieść ból okaleczonego ciała. I daje siłę ducha.
Obserwując Nienie, nabieram w płuca haust pełen optymizmu. Podziwiam Jej pęd do życia, pogodzenie z rzeczywistością, celebrowanie prostych przyjemności i niezłomną, chciałoby się powiedzieć, walkę o szczęście. Sęk jednak w tym, że Nienie nie walczy. Ona to szczęście wyłuskuje ze wszystkiego co ją otacza.
W czasach, gdy częściej zastanawiamy się czego nam brakuje, pomyślmy o tym co i kogo mamy.
I cieszmy się tym.
Codziennie.



Więcej o Nienie i jej świecie znajdziecie na: nieniedialogues.blogspot.com

2009/12/24

Wigilijna grzybowa. I życzenia.




Kochani,

Pięknie dziękuję Wam, za życzenia zostawione w komentarzach, przysłane mailem. Te ciepłe słowa, Wasza życzliwość, obecność, są mi bardzo drogie.
W ten wyjątkowy czas, chciałabym życzyć Wam dużo ciepła.
Tego które promieniuje z uśmiechu, gestu, tych, których kochacie.

Radości. Z bliskości, czasu spędzonego razem i chwil, których wspomnienia będą Was ogrzewać w zimne dni.
Pyszności. By na wigilijnym stole ich nie zabrakło.
Spełnienia. Marzeń, małych i dużych. Planów, które może dopiero się wykluwają.
Zdrowia. Byście byli i mieli przy sobie jak najdłużej tych, którzy są Wam drodzy.
Po prostu. Szczęścia.


Pozdrawiam Was ciepło,
Patrycja





A na "deser", świąteczna grzybowa.





Wigilijna grzybowa

50g suszonych podgrzybków (najlepiej same kapelusze)
1 łyżeczka syropu z agawy (lub fruktozy lub miodu)
1 szczypta kminku
1 średnia pietruszka
1 średni patat (lub marchewka)
1/4 średniej cebuli
1 malutki liść laurowy
1 ziarnko ziela ang.
sól, sól czosnkowo-cebulowa*, sos sojowy (jeśli ktoś lubi - vegeta)
świeżo mielony czarny pieprz
1 łyżeczka soku z cytryny (do smaku)
tymianek
2-3 łyżki kwaśnej śmietany

Grzyby włożyć do garnka z 2-2,5 litrami wrzątku, moczyć 15 minut. Następnie gotować na małym ogniu, pod przykryciem 15-20minut.
Grzyby wyjąć, i odcedzić na sitku. Do gotującego się wywaru dodać, kminek, agawę (lub miód) pietruszkę, patata (lub marchewkę).
Po chwili cebulę, liść laurowy, ziele ang. Następnie dodać 1/2 łyżeczki soli, 1 łyżeczkę sosu sojowego. Dodać sok cytrynowy, odrobinkę tymianku i gotować na średnim ogniu. W tym czasie odsączone grzyby pokroić w jaknajcieńsze paseczki i dodać do zupy.
Gotować pod przykryciem, do miękkości warzyw. Warzywa wyjąć, zupę spróbować, doprawić pieprzem, solą czosnkowo-cebulową i zwykłą. Śmietanę wymieszać z odrobiną wody i dodać do zupy. Zagotować.
Pyszna z domowym makaronem.
Przepis zgodny z KPP oraz MM.

Smacznego!




* używam soli firmy Avena, bez glutaminianu i konserwantów

2009/12/22

Pieczeń świąteczna.



W każdym domu jest najlepszy sposób na pieczeń. Ulubione przyprawy, smaki.
Dziś chciałam się z Wami podzielić moim sposobem.
Idealnie upieczone mięso powinno być soczyste, doskonale miękkie, kruche (ale nie rozpadające się) i dające się pokroić w cieniutkie plasterki.
Pyszne na zimno, do kanapek (np. z konfiturą żurawinową), na ciepło do bigosu, smażonych pieczarek, czy choćby duszonej, słodkiej kapusty.
Podpatrzyłam u Babci obkładanie mięsa połamanymi liśćmi laurowymi, okazało się to świetnym patentem, poszłam więc o krok dalej i zmieliłam liście laurowe na proszek, dzięki temu po upieczeniu są niewyczuwalne.
Mięso należy natrzeć przyprawami przynajmniej 24h przed pieczeniem (10-12h to absolutne minimum), owinąć solidnie w grubą folię aluminiową i schować do lodówki (może tam leżeć do 48h).




Pieczeń wieprzowa

schab karkowy (lub środkowy), o wadze ok. 1-1,2 kg
sól morska, sól czosnkowo-cebulowa*
sok z 1/8 cytryny
1 łyżeczka majeranku
2 szczypty kminku
2 łyżeczki oleju z pestek winogron (lub słonecznikowego)
2 zmiażdżone ząbki czosnku
świeżo mielony czarny pieprz
2 szczypty zmielonych liści laurowych lub 2-3 liście laurowe, połamane na połówki
2 szczypty ulubionego chili (opcjonalnie)

Mięso umyć, osuszyć i dokładnie natrzeć wszystkimi składnikami w podanej kolejności.
Owinąć szczelnie grubą folią aluminiową i wstawić do lodówki na ok. 24h.
Po tym czasie ułożyć w naczyniu żaroodpornym wypełnionym wodą do 1/3 wysokości.
Piec w 190st.C przez ok. 1,5-2h. Kroić po zupełnym ostygnięciu.
Pyszne na zimno i na ciepło.
Przepis zgodny z KPP oraz MM.

Smacznego!









* używam soli firmy Avena, bez glutaminianu i konserwantów

Żurawina. Nie tylko świąteczna.



Ten, kogo obdarowałam tą konfiturą nie mógł się nadziwić, że żurawina może być tak dobra.
Bo sklepowa, nawet ta najlepsza nie smakowała im tak jak ta domowa.
A pracy z nią tyle co nic.
Mycie, gotowanie, napełnianie słoików, wszystko to nie zajmie Wam więcej niż 60 minut:)
Co bardzo przydatne w tej przedświątecznej gorączce.
Taka żurawinowa konfitura pasuje nie tylko do wszystkich świątecznych, pieczonych mięs, ale i do serów, do chrupiącej kromki chleba z masłem czy panceksów.




Konfitura żurawinowa

2kg żurawiny
1/2 szkl. wrzątku
3/4 - 1kg fruktozy (lub cukru)*
szczypta imbiru lub 1/3 łyżeczki świeżo utartego
szczypta soli


Żurawinę przebrać i dokładnie umyć. Przełożyć do rondla o grubym dnie, dodać wrzątek i gotować, aż zacznie puszczać sok, wtedy zmniejszyć płomień, dodać fruktozę i dokładnie wymieszać. Po chwili dodać imbir na końcu sól. Gotować na średnim ogniu od czasu do czasu mieszając. Konfitura powinna być gotowa po ok. 30 minutach, jeśli jest za rzadka gotować 5-10minut dłużej. Wrzącą konfiturą napełniać wyparzone słoiczki. mocno zakręcić i natychmiast stawiać na zakrętce. Nie wymaga pasteryzowania i na pewno przetrwa do następnych Świąt.
Nie zamkniętą można przechowywać w lodówce do 4-5 dni i podać np. jako ciepły sos do mięsa, lekko podgrzewając ją z odrobiną gorącej wody.
Przepis zgodny z KPP oraz MM.

Smacznego!



* ilość fruktozy (lub cukru) w zależności od upodobań, konfitura powinna być słodko-kwaskowa, ale nie przesłodzona, w tym cały urok żurawiny i trzeba uważać żeby nie zagłuszyć tego jej naturalnego smaku.

2009/12/20

Bigos świąteczny


Najpyszniejszy bigos robi moja Mama.
Czekałam na niego z niecierpliwością w każde Święta. Nadal czekam.
Raz nawet zabrałam go w podróż samolotem;) Ugotowany przez Nią, dla mnie, cieszył smakiem domu, tysiące kilometrów od niego.

Przez lata asystowałam Jej przy jego przygotowaniu - kroiłam i przygotowywałam wszystkie ingrediencje obserwując Ją przy dalszej pracy.
I o ile gotowanie nie jest Mamy pasją, o tyle bigos (oraz pieczone mięsa świąteczne) w Jej wykonaniu to mistrzostwo świata i przyznaję, lepszego nie jadłam.

Nie wiem czy jego sekretem jest duża ilość śliwek, które nadają tę wspaniałą słodycz, czy to, że kapusta zachowuje jędrność będąc jednocześnie ugotowaną idealnie a może spora ilość majeranku, którego sama bym raczej nie dodała...
Faktem jest, że spod Jej ręki zawsze wychodzi bigos
idealny.
Kierując się Jej szczegółowymi wskazówkami, przygotowałam własny, porządkując jedynie składniki wg. KPP. Nic nie udziwniałam, nic nie zmieniałam, bo w Święta pragnę smaków zapamiętanych z domu…


Bigos świąteczny

1kg dobrej, kiszonej kapusty (bez marchewki)
garść suszonych grzybów
150-200g suszonych śliwek, pokrojonych w kostkę
1/2pętka dobrej, wiejskiej kiełbasy (nie za mocno wędzonej)
1/2 kg wołowiny (żeberko/ szponder lub nawet gulaszowej)
1 łyżka kminku
3 płaskie łyżki majeranku
2 szczypty tymianku
pieprz (koniecznie świeżo mielony), sól, sól czosnkowo-cebulowa*
sos sojowy (opcjonalnie), 2 małe ząbki czosnku (opcjonalnie)
olej o neutralnym smaku (z pestek winogron, słonecznikowy)

Do 1/2l wrzątku wrzucić grzyby, moczyć 10min, następnie gotować 15 min.
Wołowinę pokroić w kostkę, obsmażyć na oleju, odstawić.
Kapustę odcisnąć (kwas zachować), niedbale pokroić, włożyć do garnka z zimną wodą, zagotować. Wodę odcedzić . (czynności można powtórzyć, jeśli kapusta jest bardzo kwaśna).
Do kapusty dodać tymianek, majeranek oraz gorącą wodę z gotowania grzybów, wymieszać. Po chwili dodać pokrojone w paski grzyby, wołowinę, kminek oraz śliwki. Posypać świeżo mielonym pieprzem,wymieszać. Można dodać zmiażdżony czosnek. W tym czasie na oleju obrumienić pokrojoną w kostkę kiełbasę, dodać do kapusty i posolić, dokładnie wymieszać. Jeśli sok się wygotuje, dolać zimnej wody. Gotować na małym ogniu 3-4godz. aż śliwki staną się kremowe a kapusta ugotowana, ale jędrna. Dodać łyżeczkę kwasu z kapusty (jeśli kapusta jest mało kwaśna, mdła, stopniowo dodawać więcej kwasu, do smaku),wymieszać, po chwili dodać odrobinkę tymianku i kminku i na koniec dosmakować pieprzem, solą i odrobiną sosu sojowego.
Najlepszy jest po ponownym podgrzaniu, a z każdym następnym staje się jeszcze lepszy.
Przepis zgodny z KPP oraz MM.


Smacznego!



* używam soli kamiennej firmy Avena, bez konserwantów, glutaminianu i żadnych dodatków





2009/12/14

Tarta owsiana. Śmietankowo-kuminowa krówka.





Otworzyłam świeżą torebkę kuminu i uderzyła mnie słodycz.
Coś, o co kuminu do tej pory nie podejrzewałam.
Bo przecież kumin, to indyjskie curry, gotowane jarzyny, warzywne kotleciki, pikantny sos. Ale nie... Słodki. Jak karmelek.
A jakby tak...
Masa krówkowa aromatyzowana kuminem?
Na kruchym, maślanym spodzie, delikatnym jak owsiane ciasteczko?


Są słodycze, które zjadamy z naszym espresso czy cappuccino, nie przerywające nam ciekawej rozmowy czy przeglądania ulubionego magazynu. Leżą na talerzyku, a my czytamy, rozmawiamy, skubiemy je popijając kawą.
Są miłym tłem.
A są takie, które od pierwszego kęsa uderzają do głowy, zaskakują, wytrącają z rytmu, przerywają rozmowę, odciągają od prasy i każą mrużyć oczy, mruczeć i krzyknąć "CO to takiego??".
Ta niepozorna, krucha, rozpływająca się tarta, z delikatnej, owsianej mąki, z krówkowo-kuminowym nadzieniem, to właśnie ta druga kategoria.
Bardzo zmysłowa, gra pierwsze skrzypce, zagrabia tę chwilkę potrzebną na jej kosztowanie, zupełnie odrywając od rzeczywistości.






Krucha tarta z mąki owsianej
z krówkowo-kuminowym nadzieniem


Spód do tarty
(przepis modyfikowany na pâte sucrée, z "Eggs" M. Roux)

250g mąki owsianej pełnoziarnistej (
zmieliłam na proszek pełnoziarniste płatki owsiane ekologiczne (jumbo oats), nie poddane obróbce termicznej, czyli nie polerowane, wcześniej nie namaczane i ponownie suszone, można też kupić gotowe zmielone drobno lub średnio płatki owsiane (fine oatmeal/ medium oatmeal))

szczypta soli Maldon
4-5 kropli soku z cytryny

szczypta kurkumy
100g miękkiego masła
50g ksylitolu (lub cukru) - (w oryg. 100g)
2 średnie jajka

Wszystkie składniki wymieszać w podanej kolejności, wyrabiać palcami, aż utworzą się "okruszki". Szybko zagnieść, owinąć przezroczystą folią i wstawić do lodówki na 1-2godz.
Piekarnik nagrzać do 200st.C. Formę do tarty wysmarować masłem, wyłożyć ciastem, ponakłuwać widelcem lub przykryć pergaminem i wyłożyć fasolką ceramiczną. Piec 20min. Ostudzić.



Masa krówkowa:
(przepis modyfikowany na krówki, z archiwum wycinków)

200ml śmietany kremówki
200g masła
200g ksylitolu (lub cukru)
1 łyżeczka kuminu niezbyt dokładnie utartego w moździerzu (można pominąć, wtedy masa będzie w smaku klasycznie śmietankowo- krówkowa)
szczypta soli Maldon (lub innej soli morskiej)
1/2 łyżeczki soku z cytryny
szczypta kurkumy

W rondelku rozpuścić masło ze śmietanką, ciągle mieszając trzepaczką balonową.
Dodać ksylitol i resztę składników, każdy w minutowym odstępie.
Masę gotować na średnim ogniu, ciągle mieszając dopóki nie zgęstnieje (ok. 15-20min.).
Następnie przelać do miski i ucierać mikserem (hakiem do ubijania piany), do przestygnięcia (ok.10-15min.)
Gotową masę przełożyć na ostudzoną tartę. Chłodzić przez noc, aż masa zupełnie zastygnie i stężeje.
Można też masę przygotować wcześniej, wtedy należy po utarciu mikserem przelać ją do formy wysmarowanej masłem i wstawić do lodówki, może tam leżakować 2-3dni.
W dniu przygotowania tarty pojemnik z masą zostawić w lekko nagrzanym piekarniku (40-50st.C) aż masa stanie się plastyczna (ok 10-15min), następnie wyłożyć na kruchy spód i schłodzić przez noc.
Oba przepisy zgodne z KPP oraz MM.

Smacznego!






2009/12/09

Rozstania i powroty

Rozstania są potrzebne. Często są koniecznością. Powiewem świeżego powietrza. I wyzwaniem. Czasem nie sam cel podróży jest najważniejszy, ale droga jaka do niego prowadzi. Często to droga jest celem, cenną lekcją, a gdy dojdziemy do jej kresu, stajemy się kimś innym, pełniejszym a miejsce przeznaczenia dopełnieniem drogi. Sztuką jest umieć cieszyć się nie tylko z celu podróży, tego co na końcu, ale chłonąć to co spotyka nas po drodze. Kiedyś umiałam cieszyć się z drogi, potem ta umiejętność zaginęła w korporacyjnym świecie wyścigu do mety. Ale znów wróciła. Minione tygodnie były dla mnie nie tylko obowiązkami, harmonogramem, planem, który zaliczyłam na piątkę. W drodze do wyznaczonego, w chwilach, mgnieniach nauczyłam się wydłubywać z rzeczywistości chwile, zapachy, dźwięki, obrazy, spotkania, słowa, spojrzenia, milczenia, zamyślenia, gesty, zapach wiatru na twarzy, powiewającą na rowerze spódnicę, psa z głodnymi oczami… rzeczy, które uskrzydliły mnie, wyczuliły, przechodziły obok mnie, a ja pozwoliłam im zostać. Na chwilkę, na dłużej. Odnaleźć coś czego szukałam, zgubić coś czego nie potrzebowałam. Wszystko co nas spotyka, nawet z pozoru nieistotnego, zmienia nas, kształtuje. Im jestem starsza, tym silniej to dostrzegam.

Jednak przede wszystkim chciałabym bardzo podziękować moim Czytelnikom, którzy nie pozwolili o sobie zapomnieć i nie zapomnieli o mnie. To bardzo wiele dla mnie znaczy. Serdecznie dziękuję Wam, za wszystkie przemiłe komentarze, maile z ciepłymi słowami, troską i pytaniami kiedy wracam ja i Trufla.
Oto jestem. Jeszcze nie rozpakowana, jeszcze zmęczona. Ale szczęśliwa.
Przywiozłam walizkę pełną wspomnień, cennych doświadczeń, furę książek (z czego tylko kilka kulinarnych), kilka nowych smaków a głowę buzującą od pomysłów, nie tylko kulinarnych. Mam nadzieję ochłonąć, nadrobić zaległości w prasie i książkach, obwąchać kąty i przez chwilę cieszyć się tym, że nie dzieje się nic. Jeśli los przyniesie kolejne wyzwania, będzie mnie tu nieco mniej. Na razie jednak mimo, że to jeszcze nie czas na wiosenne porządki i zmiany, nie mogąc się powstrzymać, będę wpuszczać do domu światło, wieszając muślinowe firanki i przejrzyste jak mgła lniane zasłony w kolorze nieskazitelnej porcelany. Wtedy rozpalę do czerwoności piec i w moim domu zapachnie chlebem. To znak, że wróciłam.
A potem? Potem zapraszam na coś pysznego:)