2008/08/14

Zapachy. Wspomnienia


Jest coś takiego w zapachach, ze potrafią nas w sekundę przenieść o setki kilometrów i dziesiątki lat. Zapachy maja dla mnie ogromne znaczenie. Zawsze wącham nowa książkę, jabłka na targu, pościel suszoną wiatrem i słońcem, chleb wyjęty z pieca, koszule, która pachnie Nim, gdy jego nie ma. Zamknę oczy i wiem jak pachnie spiżarnia Dziadków, dom mojej przyjaciółki, dworzec kolejowy Warszawa Śródmieście, ciemność domu, gdy otwieram drzwi późną porą, liście orzecha szumiącego za oknem mojego pokoju, apaszka Babci wisząca w przedpokoju.

Moją wyobraźnią rządzą zapachy, jestem zapachowa hedonistką i zmysł mój jest wyostrzony. Nie usiedzę w miejscu, którego zapach mnie drażni.
Nie zasnę w pościeli, która zamyka mnie w chmurze "prawdziwej świeżości". Której to "świeżości" dano jej w nadmiarze.
Rządzi mną również harmonia. Nie lubię nadmiaru. Lubie ascetyzm i przestrzeń. Zapach chłodnych, białych tulipanów. Nie dla mnie bibeloty i koronkowe firanki. Nawet najlepszy obiad nie będzie smakował jak powinien, gdy nie zadbano o urok stołu a pomidorowa nie smakuje tak-sa-mo w każdej miseczce. Naprawdę;)
Zapachy dzielą wspomnienia na etapy.
Dorastanie gdy wszystko pachniało jabłkami, wiatrem i nawet muzyka, dźwięki miały swój "aromat" i "smak", gdyż pobudzały wyobraźnię do kojarzenia jej ze smakami i zapachami.
Dzieciństwo, gdy wszystko pachniało wolnością i beztroskim...szczęściem. Kolejnymi przeczytanymi książkami. Sobotnia pajda jeszcze ciepłego drożdżowego ciasta.
Tęsknota za Mama, która pachniała jej błękitna koszula nocna.
To agrest zjadany prosto z krzaka i kwaskowy kompot rabarbarowy, studzony w wiaderku lodowata woda ze studni.
Lato, które pachniało truskawkami i malinowymi pomidorami z przydomowego ogrodu, które Babcia kładła na razowej, posmarowanej masłem kromce i jedyne czego tej kromce brakowało to soli. Proste? Proste. Magia smaku wygrzanego w słońcu. Pamiętam gorzki zapach pomidorowych gałązek, zielono-czerwonych kulek dojrzewających na kuchennym parapecie. Niedościgły smak, brak takich pomidorów, zniknęła ta magia.
Na szczęście staruszka śliwka-węgierka rodzi jeszcze purpurowe owalne kuleczki, które łączą mnie z dzieciństwem: gęsta, niemalże czarną konfitura, której aromat nie podrobią żadne kupne niby-węgierki(wiem-sprawdzałam wie-lo-kro-tnie)a w jednej łyżeczce jest fontanna smaków, o jakiej może pomarzyć niejeden pełny słoik. Knedlami kuszącymi lepkim, słodkim wnętrzem i złoto-maślaną kołderką. Chłodnikiem z malutkich kwaśnych jabłuszek, które daje jabłonka tak stara i zgarbiona, ze Dziadek musi podpierać ją listewkami. Szarlotka na cieniutkim spodzie, z nadzieniem, na które trzeba obrać dziesiątki pokracznych, często robaczywych jabłuszek, których mojemu Dziadkowi żal, wiec pieczołowicie obiera je malutkim ostrym jak brzytwa nożykiem.. Cieniutko, oczyszczając każdy kawałek, aż urośnie sterta biało-złotych ćwiartek gotowych oddać nam cały smak lata.
Sień w domu prababci, która pachniała ciemnością, chłodem i wiklinowymi koszykami na warzywa. Zapach tej sieni.. jest niezwykły, właściwie nie potrafię go opisać. To spokój. Nie to jeszcze coś więcej. W tym właśnie miejscu czas jakby się zatrzymał, czułam wyraźnie różnicę, w momencie przekroczenia jej progu i po opuszczeniu jej, może to tylko dziecięca percepcja. Jednak wracałam tam po wielu latach, gdy Ona już odeszła i ... ten spokój tam jest.
Może dlatego, ze Ona ten spokój w sobie posiadała. I łagodność. Pomimo ciężkiego życia, niejednej przeżytej wojny, Ona zawsze była cicha, skromna.
Jak jej drobne spracowane dłonie, które bezszelestnie przygotowywały mi śniadanie: ciemny chleb, posmarowany masłem, z plastrem zrobionego przez Nią twarogu, przykrytego jej domowa śmietaną i posypanym cukrem. I kawa zbożowa. Ugotowana w małym blaszanym garnuszku na wielkim piecu opalanym drewnem. Kawa gotowała się powolutku. Babcia schlebiała jej smakowi dodając do niej najlepszego mleka (najlepszego, gdyż posiadała własną producentkę tego mleka - krówkę;).
Ten smak bardzo długo mi towarzyszył, podążałam jego śladem, szukałam go. Gotowałam różne rodzaje kawy z cykorii, wolniutko, w małym metalowym garnuszku... na próżno. Długimi laty zamykając oczy, wracało wspomnienie upalnych poranków i zapachu, smaku tej kawy. Niestety... w końcu umknęło. Może niektóre wspomnienia, muszą odejść w niepamięć.
I wspomnienia, które chyba rozpoczęły moją pasję. Od zawsze lubiłam gotować, nie pamiętam właściwie kiedy to się zaczęło.
Może wtedy, gdy ledwo sięgałam kuchennego blatu a mama mojej Mamy uczyła mnie jak oddzielać żółtko od białka? ("Pamiętaj, jeśli choć odrobina żółtka dostanie się do białka - piana nie ubije się").
Czy może wtedy, gdy niezdarnym jeszcze pismem przepisałam cały kajecik z Babcinymi przepisami?
Może wtedy, gdy zapach olejku waniliowego przywodził mnie do kuchni, by patrzeć jak uciera się masło z cukrem, miele mak, jak rośnie ciasto drożdżowe czy lepi się pierogi?
A może wtedy, gdy upiekłam swoje pierwsze kruche ciasto ze śliwkami?
Hm...

6 komentarzy:

Liska pisze...

To prawda, niektórym chyba trzeba po prostu pozwolić odejść w zapomnienie, choć proba przywołania ich i chwila, kiedy przez przypadek, się to uda, jest zawsze piekną chwilą.
Zapachy to coś bardziej mistycznego niż fizycznego, prawda?

Patrycja pisze...

Dokladnie. Teoretycznie wiem, jaki organ odpowiada za percepcje zapachow;)Moj jednak ich odbior zawsze odbywal sie na emocjonalnym poziomie.
Apropos przywolywania zapachow...Mialam takie doswiadczenie, z nikim sie nim nie dzielilam, ale wspomnialas o tym przypadkowym przywolaniu wspomnien...Otoz pare lat temu, w najmniej spodziewanym miejscu (bo za granica), zupelnie przypadkowym poczulam nute zapachu sieni domu mojej prababci. I stala sie rzecz niesamowita. Pomijam to, ze "stanelam jak wryta". Spadla na mnie jak rzeka z nieba, blyskawiczna fala obrazow, po prostu...w tej jednej sekundzie zamknietej powieki, przenioslam sie do tej wlasnie sieni sprzed lat. Wszystko trwalo zaledwie chwilke. Pozostawilo mnie w zdumieniu...

Ania pisze...

ja mam podobnie wszystko muszę powąchać - uwielbiam zapachy - właśnie zapach nowej książki, wyjętego z pieca chleba, pomidorów z krzaka, pachnących słońcem, truskawek ... i mogłabym tak wymieniać w nieskończoność
zapachy dzieciństwa - wakacji spędzanych u Dziadków - grabionego siana, sera robionego przez Babcię, ciepłego mleka dopiero co wydojonego, truskawek, malin, rabarbaru z cukrem i właśnie kawy, którą też próbowałam potem odtworzyć wielokrotnie niestety nie udało się
ja również odbieram zapachy emocjonalnie - potrafią mnie one przenieść w czasie bardzo bardzo lubię te momenty

czytając Twojego posta miałam wrażenie że czytam o sobie - zgadzam się z Tobą w 100 % co do każdego słowa

strasznie chaotyczny ten mój komentarz - pisany pod wpływem emocji, wspomnień i oczywiście zapachów :) które we mnie obudził za to bardzo dziękuję

szombi pisze...

piekna opowiesc, jest tam duzo z mojej przeszlosci -

- i: dziekuje, ja nie mialam odwagi o tym pisac

pozdrawiam, Grazyna

Malgorzata pisze...

Droga Truflo,
dziekuje Ci za tego Bloga :-) Odkryłam go dzisiaj i odtad bedzie mo towarzyszyl. Jesli chodzi o kuchnie, to w porownaniu z Toba jestem poczatkujacym szaraczkiem, ale ciagle szukam inspiracji, uwielbiam spontaniczne, intuicyjne, a przede wszystkim ZDROWE gotowanie. Nie jem miesa i tak jak Ty skrupulatnie sprawdzam etykiety na produktach. Zaimponowal mi Twoj wpis o cukrze, zgadzam sie w 100% z tym co napisalas. Ciesze sie z Twoich wegetarianskich, PP i MM przepisow, a takze wspomnien prostego jedzenia u dziadkow. Ja tez mieszkam za granica (Bruksela) i od jakiegos czasu smak dojrzalego na sloncu pomidora stal sie dla mnie niemal zapomnianym luksusem...Ciesze sie gdy gdzies uda mi sie zjesc prawdziwy wiejski twarog lub jogurt. Przymierzam sie do wlasnoreczego upieczenia chleba i mam nadzieje, ze Twoj blog mi w tym pomoze:-)
Pozdrowienia,
Gosia

arcobaleno pisze...

A ja się wzruszyłam bardzo, zagłębiłam w Twoich wspomnieniach, przywowłałam swoje.. Też mi bliskie babcine wiejskie sienie, stare jabłonie, mleko prosto od krowy.
Piękny blog. Dziękuję za pomysły, przepisy i inspiracje!
Pozdrawiam!