2018/11/14

Rozgrzewająca, lekko piknatna, kalafiorowa z kuminem i curry.



Zupy, moja podstawa przeżycia jesieni i zimy, filar mojej kuchni, bo bez zup życia sobie nie wyobrażam.

"Zupa to zupa", jak mawia moja Babcia, czyli pełnego obiadu może nie być, ale zupa musi być codziennie i już.
I coś w tym jest, bo często zupa spełnia u mnie rolę całego obiadu.
Kiedy w kuchni stoi taki parujący garnek, jest po prostu błogo i dobrze, wiem że rozgrzeje mi żołądek i jakoś tak poprawi nastrój w te bure dni.
O tej porze roku szczególnie zwracam uwagę by zupy podnosiły mi ciepłotę ciała, to niezwykle ważne by dorzucać paliwa do naszego wewnętrznego pieca (wspominałam o tym tutaj).
Ta zupa jest leciutka, lekko pikantna nie tłusta, ale pełna aromatu i ciepła, które natychmiast rozlewa się po ciele.

Polecam!
 






 Rozgrzewająca kalafiorowa z kuminem i curry


1/2 cebuli, pokrojonej w kostkę
1 średni batat (lub marchewka) pokrojony w kostkę
1 średnia pietruszka, pokrojona w kostkę
1/2 średniego kalafiora (lub 1/4 dużego), podzielonego na różyczki
3 szczypty średnio ostrego curry w proszku
3 szczypty nasion kuminu
szczypta majeranku
szczypta mielonego kminku
czarny pieprz, świeżo mielony
1 liść laurowy
2 ziarna ziela ang.
sól warzywno - ziołowa (lubię Herbamare)
sos sojowy
sól
1 łyżka masła klarowanego (lub łagodnej oliwy)
garstka posiekanego koperku

W czajniku zagotować 1 l. wody.
W garnku rozgrzać masło, dodać pokrojoną cebulę, odrobinę soli i zeszklić.
Dodać kumin i curry, liść laurowy, ziele, kiedy przyprawy zapachną, wlać wrzątek.
Do wrzątku dodać jarzyny, kminek, majeranek, trochę mielonego pieprzu, łyżeczkę sosu sojowego i ok. 1/3 łyżeczki soli warzywno - ziołowej.
Gotować do miękkości jarzyn wtedy wrzucić koperek, pogotować chwilę i sprawdzić czy nie potrzeba jeszcze ciut soli warzywnej lub pieprzu, a może jeszcze curry, na czubku noża, lub odrobinę utartego w moździerzu kuminu.

Smacznego!







2018/10/05

Jesień - poradnik użytkownika. Czyli jak podsycać wewnętrzne ciepło i naturalnie wzmacniać odporność.

Zaczyna się sezon jesiennych katarów i przeziębień i zewsząd „wypadają” cytrusy jako niby bogate źródło wit. C. 
Myślałam, że mit ten dawno już upadł, ale rozmawiając z różnymi osobami i przypadkowo wpadając na temat cytrusów i źródeł witaminy C ("wypij szklankę soku pomarańczowego" czy "dodaj cytrynę do herbaty") obserwując rynek (reklamy soku pomarańczowe, pitego codziennie jako źródło wit. C), widzę, że mit ten trzyma się mocno. A  nikt słówkiem nie napomknie o tym, że cytrusy mają właściwości wychładzające organizm, dlatego rosną i są spożywane w ciepłych krajach. Natura jest mądra. 
Chciałabym więc kilka słów w tej sprawie... 

Dużo witaminy C z rzeczy powszechnych i łatwo dostępnych dla każdego z warzywniaka czy swojego warzywnika ma poczciwa natka pietruszki: 180 mg na 100g (kocham i jem garściami niczym królik) 
Pigwa choć przepyszna tylko 15 mg/100g.
Brukselka też ma sporo (94mg/100g) oraz szpinak (64 mg/100g) jak i czerwona papryka (144mg/100g).
Czarna porzeczka również na się czym pochwalić (180-400mg/100g, ale najlepsza to tylko w sezonie chyba, że zrobi się sok lub przecier „na zimno”), owoce dzikiej róży natomiast biją wszystkich na głowę (1800mg/100g) jest jeszcze rokitnik (120-1100/100g w zależności od miejsca występowania). Jeszcze dereń (moja Babcia robi z niego nalewkę) 100-200mg/100g.
Na koniec ciekawostka, korzeń chrzanu jest również bogaty w wit. C (114mg/100g) i jeśli tylko uda mi się dostać świeży, trę sobie do słoiczka, jest o niebo lepszy niż ten sklepowy. 

Chrzan ponadto ma właściwości antybakteryjne i przeciwwirusowe, silniejsze nawet od czosnku. można zrobić zniego syrop na kaszel. tym samym sposobem jakim nasze babcie robiły syrop z cebuli.

I nie zapominajmy o naszym dobru narodowym, kiszonkach, które są przebogate w wit. C oraz najwspanialsze bakterie korzystne dla naszych jelit.

A dlaczego tak ważny jest stan jelit i co to ma wspólnego z naszą odpornością, pisałam już tutaj, polecając dwie bardzo ważne książki, które nadal gorąco polecam. 
Tego nie powie Wam lekarz ani farmaceuta, nie wspomni o tym żadna reklama, bo takie dbanie o odporność kosztuje grosze, jest proste i łatwo dostępne...i skuteczne

 Mam nawet pewną misję, by książki te przeczytało jak najwięcej osób, a potem przekazywało tę wiedzę dalej, innym.










Jeszcze pójdę za ciosem i w ramach jesiennych remediów słówko o napojach. 

O kawie zbożowej, gotowanej, pisałam już tutaj, więc wiecie. 
Herbata malinowa, to też każdy zna (czasem dodaję do niej plasterek imbiru).
Kolejna rzecz, którą zawsze mam w szafce, gdy kończy się lato, to kwiatostan lipy i owoc bzu czarnego. 
Kiedy przemarzniemy na spacerze czy nawet zimny dzień jakoś nas przechłodzi, po prostu potrzeba podnieść wewnętrzną energię. Dlatego tak ważne jesienią i zimą są ciepłe, gotowane posiłki, puchowa kurtka nie wystarczy, można być wychłodzonym wewnętrznie w nagrzanym domu i w puchowej kurtce, trzeba rozpalić w swoim wewnętrznym piecu. W tym celu szczególnie faworyzujemy potrawy duszone, pieczone, warzywne curry, wszelkie krupniki, kasze, gęste zupy jarzynowe, nawet nieco ostrzej przyprawione niż latem.
Lipę i bez parzę razem, w imbryku, popijam jak herbatę, a gdy ostygnie czy zostanie na drugi dzień - podgrzewam (dlatego dobrze sprawdzi się imbryk emaliowany, można postawić go na gaz). 

Jeśli macie jakieś sprawdzone napoje, mikstury na rozgrzanie, podzielcie się nimi w komentarzach.

Jeszcze jedna rzecz, ważna, mała ale ważna i prosta: w razie dużego przemarznięcia, czekania w deszczu i na wietrze na przystanku, kiedy stopy i dłonie lodowate, natychmiast po przyjściu do domu należy nagrzać wrzątku i przygotować gorącą kąpiel dla stóp, czajnik postawić obok i kiedy woda stygnie, dolewać gorącej. 
Położenie stóp na grzejniku nic nie da, a taka kąpiel plus pity jednocześnie napar z bzu z lipą, sprawią, że odzyskacie stracone ciepło wewnętrzne. 
Jeśli przemarznięcie i przewianie jest silne, moczenie stóp nawet może zatrzymać potencjalne przeziębienie. Duża dawka wit. C też wtedy nie zaszkodzi. Jak długo moczyć stopy? Aż poczujecie jak ciepło wędruje aż do czubka nosa i całych dłoni, a stopy wyjęte z wody na chwilę nie wychładzają się, ale „trzymają” ciepło. Wtedy stopy osuszyć, założyć cienkie bawełniane skarpetki i na to grube skarpety ze 100% wełny. 

No i zdrowia nam, tej jesieni i zimy! Byle do wiosny.

2018/06/07

Perfekcyjne jajko na miękko.




Długo zastanawiałam się czy publikować ten post, czy taka instrukcja jak gotowanie jajka na miękko jest w ogóle potrzebna?
Jednak za każdym razem kiedy pokazywałam na IG zdjęcie jajka na miękko, zalewała mnie lawina wiadomości z pytaniem "jak zrobić takie idealne jajko na miękko, mi takie nigdy nie wychodzi".
Zrozumiałam wtedy, że to kulinarne abecadło, które trzeba rozłożyć na części pierwsze.
Nietrudne, ale wiadomo, że czasem proste rzeczy są najtrudniejsze i diabeł tkwi w szczegółach.

A więc zaczynamy.

Dobre jajko na miękko, to przede wszystkim musi być  d o b r e  jajko.
Największym wyzwaniem jest znalezienie dobrego źródła, miejsca które dostarcza jajka z hodowli naturalnej, że tak się wyrażę. Gdzie kury mogą sobie swobodnie biegać po trawie i dziobać co dusza zapragnie, a zimą karmione są naturalną paszą. Takie jajko poznacie w mig: żółtko będzie niezbyt ciemne, właśnie żółte, nie pomarańczowe, po ugotowaniu aksamitne i kremowe, lejące, ale nie wodniste, a smak będzie nie do podrobienia, bogaty, wielowymiarowy, pozostający w pamięci.
Kiedy już się znajdzie takie miejsce, to nie chce się żadnych innych jajek, bo nagle inne smakują jakoś tak nijako. Jak takie źródło znalazłam całkiem przypadkiem i okazało się, że są jajka ekologiczne i są "jajka ekologiczne" i te, które do tej pory jadłam tym nowym skorupkę czyścić mogą. Jajko jajku nierówne, także warto się troszkę porozglądać, popróbować z różnych miejsc.

Przechowywanie jajek.
Szkoły są różne, jedni trzymają tylko w lodówce inni w temp. pokojowej w miejscu zacienionym, z dala od źródła ciepła. Moja kuchnia jest chłodna przez większość roku, więc jajek nie trzymam w lodówce, u Babci kuchnia jest bardzo widna, słoneczna i ciepła, więc jajka leżakują w lodówce.

Gotowanie jajek.




Jajka wkładamy do zimnej wody. W ten sposób jajka zarówno z lodówki jak i te przechowywane w temp. pokojowej nie powinny pękać, nie ma szoku termicznego (gotowałam tą metodą i takie i takie)
Gdy woda zaczyna "pracować", jeszcze nie wrze, ale jajka pokrywają się mikro pęcherzykami wody, kiedy to nastąpi nastawiamy minutnik.
Tak, nastawiamy minutnik, nie liczymy, że będziemy zerkać na zegar "na oko".
W tym czasie kroi się chleb, wyjmuje talerze i robi inne rzeczy, które wytrącają z rytmu i nigdy nie wiadomo czy to minęła minuta, czy może półtorej. A tu liczą się sekundy, bo jajko przetrzymane 10 sek., już ma brzegi żółtka ścięte na twardo. A tego nie lubimy. Wybieramy też jajka mniej więcej tej samej wielkości, gdy z malutkie gotowane z dużymi ugotują się na prawie twardo.
Więc nastawiamy minutnik na
duże jajka - 3 min.
średnie jajka - 2.5 min
Po pierwszym gotowaniu, i degustacji, ustawicie sobie idealne widełki czasowe.
Gdy minutnik dzwoni, natychmiast zdejmujemy rondel z ognia, odlewamy wodę, zalewamy zimną wodą, odczekujemy chwilę, odlewamy wodę i ponownie zalewamy zimną wodą na ok. pół minuty.
Odlewamy wodę i jajka natychmiast podajemy.




Przepyszne!




2018/05/29

Dwie ważne książki, które każdy powinien przeczytać.

Od kilku lat, mam wrażenie, książki o tym co, jak powinniśmy jeść, jakimi zasadami kierować się dbając o swoje organizmy, napędzane są raczej modą i marketingiem niż zdrowym rozsądkiem i faktyczną wiedzą o tym jak funkcjonujemy my, nasze wnętrze i jaki efekt mają na nas poszczególne diety czy style odżywiania.
Czytam wiele publikacji w tematyce fizjologii, zdrowego odżywiania, psychologii jedzenia, porównuję, wyciągam wnioski, finalnie wiele z nich nie trafia tutaj, jako niewnoszące nic na tyle wartościowego by polecać je jako inwestycję w domową biblioteczkę.
Dzisiaj jednak chciałam przedstawić Wam dwie pozycje, które uważam za fundamentalne, kamienie milowe, niezwykle wartościowie merytorycznie, i zwyczajnie, ważne dla nas publikacje.
Powiedziałbym, że są to jedne z najważniejszych książek i umieściłabym je na liście takich, które koniecznie trzeba w życiu przeczytać.

Diety i mody zmieniają się, co rusz słyszymy, że to jest dobre, potem że szkodliwe, a potem znów dobre. A my jako organizmy, zbudowane i działające wciąż tak samo, potrzebujemy jakiegoś solidnego, popartego żelaznymi faktami, przewodnika, po...nas samych.
Kilka lat temu natknęłam się na fascynujący artykuł, z którego wynikało iż najnowsze badania wskazują iż ok. 80%% serotoniny (hormonu szczęścia), nie jest produkowane jak nam się wcześniej wydawało w mózgu...a w jelitach.
Tak, dobrze słyszycie, w jelitach.
Badania te były częścią badań nad przebiegiem i leczeniem depresji i ich wyniki były zaskakujące oraz przełomowe. Zachwycamy się naszym mózgiem, sercem, badamy pamięć, co jest oczywiście fascynujące, ale to co potrafią nasze jelita, wprawia w zdumienie.
Niesamowicie mnie to zaintrygowało, zaczęłam więc kopać dalej.
Wkrótce zaczęły też pojawiać się publikacje po polsku (ciekawy artykuł na stronie Instytutu Mikroekologii w Poznaniu "Od jelit do depresji"), temat bakterii jelitowych zaczął zataczać coraz szersze kręgi, aż w końcu trafiłam na genialną, napisaną prostym i przystępnym językiem, przez naukowca - doktorantkę mikrobiologii lekarskiej, Julię Enders książkę "Historia wewnętrzna. Jelita najbardziej fascynujący organ naszego ciała".

Pochłonęła mnie ona doszczętnie.
W życiu całym nie czytałam bardziej precyzyjnej, naukowej, książki o organizmie ludzkim napisanej z taką swadą, poczuciem humoru, że aż nie chce się by się skończyła.
Książka ta powinna być lekturą obowiązkową na lekcjach biologii w liceum, ale jestem pewna, że nikt nie czułby się przymuszony i znudzony czytając ją. Gdybym teraz była w szkole średniej, czytałabym ją po kryjomu, zachłannie, pod ławką, na nudnych zajęciach, chętnie pisałabym z niej kartkówki, a jeszcze chętniej dyskutowała o tym co jest w niej napisane. I szczerze żałuję, że takiej precyzyjnie, lekko, śmiesznie, ale z niezbicie naukowym podłożem, wyłuszczonej wiedzy nie było na moich lekcjach biologii.
Książka ta powinna znaleźć się w każdym domu, jako kompendium wiedzy o tym obszarze naszego ciała, który ma tak ogromne znaczenie dla naszego zdrowia, o jakie w ogóle byśmy go nie podejrzewali.
To nasza hudraulika. A wiecie co się dzieje, kiedy hydraulika w domu szwankuje? Jeśli coś gdzieś przecieka? ("leaky gut syndrome") albo się zatka.
Jesteśmy niesamowicie precyzyjną konstrukcją, każdy aspekt, funkcja, część, działanie jelit i ich "komunikowanie  się" i współdziałanie z innymi systemami i organami, jest arcydziełem.
Temat "gut bacteria" "gut diet food", to temat od jakiegoś czasu gorący i publikacje o nim pojawiają się jak grzyby po deszczu. Wspomnę tylko pokrótce, że to co nasze jelita kochają, co buduje odporność i wzmacnia ich mikroflorę, to to co znamy bardzo dobrze:
prawdziwy, uczciwy chleb na zakwasie (bez żadnych dodatków, spulchniaczy, przyspieszczy itp),
  więc to o czym trąbię od lat - ludzie pieczta własny chleb na zakwasie! Nie ma nic lepszego. 

kiszonki (to co kochamy i znamy od stuleci, ogórki kiszone, kiszona kapusta itd),
zakwasy warzywne (z buraków, sok z kiszonej kapusty, sok z kiszonych ogórków itp.)
wszelkie produkty naturalnej fermentacji (pasta miso, kefir,, "żywy" jogurt, kimchi).

W "Historii wewnętrzej" z niezwykłą skrupulatnością prowadzeni jesteśmy od samego początku, zaczynając od ust, wyjaśnienia właściwości śliny i skąd ona się bierze (nie zgadniecie, chyba, że wiecie), przechodząc do przełyku, żołądka  (cały transport jedzenia) aż do jelit.
Dowiemy się co to jest "mózg trzewny", czym i jak zarządza.
Zrozumiemy czemu jelita, żołądek mają taki wpływ na nasz stan emocjonalny (stres przed maturą, poważną rozmową, kłopoty żołądkowo-jelitowe wywołane silnymi przeżyciami? kojarzycie objawy im towarzyszące, nierozerwalnie powiązane z emocjami?)
Niesamowicie fascynujący jest rozdział pt. "Czemu wymiotujemy", pokazujący jak genialnie jesteśmy skonstruowani, by być samonaprawialni i jakie przemyślne mamy systemy zabezpieczające.
Jeszcze słóweczko o czymś co do niedawna było wstydliwym tematem, a jest kamieniem milowym naszego zdrowia, w książce przeczytacie o tym na str. 22, ja wpadłam kilka lat temu na ten artykuł ilustrujący jak działa ten prosty mechanizm.
Jak ważne są nasze jelita, od stuleci wie medycyna wschodu. Kiedy wybierzecie się na wizytę do lekarza medycyny chińskiej pierwsze pytanie jakie usłyszycie, to  nie "co pani/panu dolega?" ale szczegółowo zapyta o funkcjonowanie przemiany materii. Doprawdy nie bez powodu.
I jak się tak na spokojnie zastanowimy, to okazuje się, że to jak funkcjonujemy "tam w środku", od wieków było aspektem ważnym, tylko wiedza ta była niezbyt precyzyjnie rozwinięta, przekazywana raczej szeptem, jako temat wstydliwy. Nie wstydzimy się dbania o swoją skórę, robienia peelingu ciała, balsamowania, podkreślania urody cery  makijażem czy zabiegami medycyny estetycznej...nie wstydźmy się więc dbania o siebie wewnętrznie, o ten ogromny (również metrażowo) aspekt naszego zdrowia. Bo wiecie co? Stan naszej cery jest również odzwierciedleniem stanu naszych jelit.
Chciałam jeszcze dodać iż jestem przeszczęśliwa, że w końcu, w końcu po latach publikacji, które traktują nas powierzchownie nastąpiła moda na takie lektury.
Na wskroś potrzebne i jedynie słuszne jeśli chodzi o drogę do prawdziwego dbania o siebie - zaczyna się od poznania budowy, mechanizmów, funkcji organów jakie nami zarządzają dając realne narzędzia do zarządzania swoim zdrowiem.
Książkę czyta się niby fascynującą powieść, której bohatera znamy - to my sami - co chwila mrucząc pod nosem z niedowierzania i zdumienia. Bo jesteśm, w rzeczy samej, fascynującym "urządzeniem".
Gwarantuję, że przy tej lekturze nie będziecie się nudzić, dostając przy tym ogromną dawkę wiedzy. Ta książka to perełka!
 
                                  

Druga książka, którą chcę dziś polecić Waszej uwadze, to książka, która mówiąc kolokwialnie, wyrwała mnie z butów.
Pozostawiła oniemiałą, a jednocześnie sprawiła, że wiele klocków, które gdzieś fruwały w mojej głowie, wskoczyło na swoje miejsce. Ta książka to "Nowoczesne zasady odżywiania".
Jej autorem jest lekarz medycyny konwencjonalnej dr T. Colin Campbell.
Wychował się na farmie mleczno - mięsnej, prowadzoną przez rodziców.
Większość swojego życia (teraz ma 84 lata), jak sam pisze, praktykował tradycyjną dietę amerykańską, mleczno - mięsną.
Na początku swojej kariery zajmował się badaniami nad dioksynami (którą pomógł odkryć i wyizolować) i aflatoksynami, następnie zajął się koordynacją działań w projekcie na rzecz niedożywionych dzieci na Filipinach. Celem projektu było znalezienie powodu dla którego wśród tamtejszych dzieci jest tak wysokie zachorowanie na na raka wątroby. Uważano, że przyczyną są aflatoksyny obecne w orzechach ziemnych i przez dziesięć lat celem projektu było również zmniejszenie niedożywienia wśród filipińskich dzieci.
W trakcie tego projektu, którego głównym celem i założeniem było twierdzenie, że niedożywienie bierze się z niedoboru białka. Jakimż zaskoczeniem było dla dr Campbella, gdy odkrył, że dieta tych dzieci zawierających najwięcej białka, to grupa dzieci które najczęściej zapadały na raka wątroby. Były to dzieci z najzamożniejszych rodzin.
Od tego momentu nastąpił efekt kuli śnieżnej, Campbell zaczął szukać badań na temat ilości (i rodzaju) spożywanego białka i występowania nowotworów i to obrał jako rdzeń swoich długoletnich badań. Badań które trwały ponad dwadzieścia lat i obejmowały dziesiątki tysięcy pacjentów.
Nie chcę zdradzać wszystkiego, bo to jak zdradzić zakończenie powieści kryminalnej, komuś kto dopiero czyta jej recenzję.
Chcę tylko wspomnieć o istocie tej książki, tezie (już udowodnionej), że niektóre rodzaje nowotworów oraz tzw. chorób cywilizacyjnych możemy włączyć i wyłączyć,  d i e t ą , tak jak jak "pstryczkiem" włączamy światło.
Brzmi kosmicznie, prawda? No ale jak to? Można przez odpowiednią dietę zatrzymać nowotwór, a potem ponownie uaktywnić go powracając do starych nawyków żywieniowych?
Głowa mi huczała i dymiła i powiem Wam, że od tego momentu, to już książki nie wypuszcza się z rąk. Bo badania niezbicie dowodzą, że tak właśnie jest.
Niesamowita jest historia grupy badawczej, kiedy Campbell dostał pacjentów tzw. bez szansy, po trzech operacjach bajpasów, z cukrzycą tak zaawansowaną i insulinozależną, że żaden lekarz już nie chciał ich tknąć jako przypadki beznadziejne i czekające na...na koniec. Opisuje stan zdrowia tych pacjentów po kilku, kilkunastu miesiącach od rozpoczęcia badań, oraz po kilku latach, dzieląc na grupy pacjentów, które trzymały się zaleceń i te, które wróciły do starych nawyków.


To wszystko co tu przytoczyłam to ułamek, niewielki promil tego co znajdziecie w książce.
Usystematyzowane, trwające ponad dwadzieścia lat, niezbite badania, przedstawione w sposób przystępny i wciągający, niesamowite ciekawostki i odkrycia z obszaru nauki, medycyny i dietetyki, w kontekście leczenia - i cofania - najczęstszych chorób cywilizacyjnych. Sztuczki jakie trenują na nas wielkie koncerny farmaceutyczne i spożywcze oraz rząd we współpracy z amerykańskim ministerstwem zdrowia, absurdalny sposób jaki można manipulować badaniami (śmieszne i straszne, ale prawdziwe, nie zdradzę by nie popsuć przyjemności z lektury), za co autorowi dostało się po uszach i przez co często zostawał odsuwany od lukratywnych stanowisk  czy działań hamujacych jego rozwój zawodowy.
Na koniec anegdota, choć prawdziwa.
Podczas rozmowy autora książki z jednym z kardiochirurgów, pyta on go czemu pacjentom z chorobami serca, przed czy po bajpasach (a oboje wiedzą, że organizm ludzki ma swoją wytrzymałość i jest taki moment, że nie można już założyć kolejnych bajpasów i po prostu czeka się na śmierć, bo leki i zabiegi chirurgiczne już nie działają, dlaczego?  jest to świetnie w książce wyjaśnione) nie proponuje zmiany diety, na dietę roślinną, co jest udowodnionym ratunkiem i przedłużeniem życia?
Kardiochirurg spojrzał na niego i powiedział "chcesz mi powiedzieć, że wszystko czego się uczyłem jako chirurg i każda operacja założenia bajpasów, za którą dostaję kilkadziesiąt tysięcy dolarów jest niepotrzebna bo wystarczy jedzenie brokułów?" Takich smaczków jest więcej, Cambell obnaża mechanizmy, jakie działają podczas tworzenia tzw. "piramidy żywienia", tworzenia szkolnych programów żywieniowo-edukacyjnych dla dzieci, pokazuje kto i jak tworzy nawyki żywieniowe następnych pokoleń, kto "stoi na straży zdrowia" i kreuje, cóż...mity, które mają dalekosiężne konsekwencje. Rządowa fundacja do walki z rakiem piersi, która na swojej stronie promuje produkty powodujące raka piersi, jak się okazuje po dogłębniejszym kopaniu...jest sponsorowana przez konglomeraty produkujące i promujące właśnie te produkty powodujące nowotwory.
Absurd? Ano absurd.
Ogromne brawa dla autora, że odważył się o tym wspomnieć i ściągnąć opinii publicznej klapki z oczu, za co był wyrzucany z takich komisji tworzących te piramidy, bo głośno wyrażał swoje oburzenie dla takich praktyk. Może w końcu dostrzeżemy jakim absurdem jest uznanie ketchupu za warzywo i jako takie jeśli występuje na pizzy, to to pizza staje się wedle prawa porcją warzyw jakie dzieci mają do wyboru w szkolnej stołówce, zamiast prawdziwych pomidorów czy sałatki.

Ta książka to, dosłownie, bomba rozsadzająca mity, którymi karmią nas "big pharma" oraz nawyki, teorie utrwalone przez dziesięciolecia przez media, reklamy, korporacje żywnościwoe.
To co jemy jest naszym wyborem, kierujemy się smakiem, intuicją, tradycją, dostępną wiedzą. Wspaniale jeśli jesteśmy zdrowi i nie musimy niczego rewolucjonizować na talerzu, ale niech właśnie będzie to wybór oparty na rzetelnych danych, wiedzmy co możemy zrobić, jeśli chcemy i co ma na nas jaki wpływ. Jak to mówią wiedza to potęga, a jak się okazuje, wiedza to też lekarstwo.

Tym podsumowaniem zakończę i dodam jeszcze, że na podstawie książki powstał film dokumentalny do obejrzenia na Netflix'ie ("Forks over knives"), ale z góry uprzedzam, że jest to telegraficzny skrót, pozbawiony większości fascynującej strony badań i doświadczeń oraz wszystkich smaczków, opowieści i ciekawostek jakie czynią tę książkę niezwykłą i kompletną. Jednak ciekawy, dynamiczny, świetnie skonstruowany, jako wizualny dodatek do książki, zrealizowany w lekkiej i zwięzłej konwencji.

W okresie Bożego Narodzenia dostaję mnóstwo pytań o to jakie ciekawe książki kupić pod choinkę.
Te dwie pozycje polecam bardzo, bardzo gorąco.