2015/02/21

Proste życie. Naturalny, domowy peeling do ciała.




Wszystko zaczęło się kilka lat temu, od książki "Sztuka prostoty".
Uświadomiła mi ona, że to co intuicyjnie staram się robić, z czym mi dobrze, to w jaki sposób organizuję swoją przestrzeń (nie mam bibelotów, ciężkich firan, nie lubię nadmiaru, lubię światło, przestrzeń, w której można oddychać, w której jest miejsce dla człowieka, moje "bibeloty" to książki, filmy, kwiaty, rośliny, płyty z muzyką, kilka starych aparatów i trochę zdjęć w ascetycznej oprawie) ma jakąś konkretną nazwę i ideę.
Może to budzić różne reakcje, jedni oglądając mój dom mówią "ależ u Ciebie jest pięknie ascetycznie", inni widząc brak bibelotów, gadżetów "ależ u Ciebie jest pusto". Wyznaję zasadę, w czym komu żyje się lepiej i oddycha pełną piersią, niech tak żyje!

Minimalizm to jednak coś więcej niż tylko nie zagracanie domu.  To nie tylko jak żyć piękniej potrzebując niewielu rzeczy.


Proste życie, to według mnie również dbanie o to co jemy, jak jemy i jak robimy zakupy. Jak dbamy o relacje międzyludzkie, więzi z bliskimi. 
To nie bezmyślne napychanie koszyka, z myślą, "coś się z tym zrobi", to nie wyrzucanie tego czego się nie wykorzystało, ale świadome wybieranie tego, co zużyjemy i zjemy ze smakiem. 
To upieczenie chleba, i zjedzenie ciepłej, chrupiącej pajdy z masłem. 
To wspólne gotowanie, bez pośpiechu, z rozmową przy obieraniu warzyw i śmiechem przy gotowaniu makaronu. To w końcu te kilkanaście minut, podczas których jemy ze smakiem, bez brzęczenia telewizora, delektując się posiłkiem, chwilą czy współtowarzyszem. Spokojna chwila tylko dla nas. Nie zabierajmy jej sobie, na rzecz gotowego jedzenia z torebki, zróbmy coś razem lub tylko dla siebie. 
Cokolwiek. Idźmy na spacer, zagrabmy liście, ugotujmy coś dobrego.
Choćby makaron lub kaszę gryczaną z pieczarkowym sosem, czy prostą zupę
Zjedzmy na pięknym talerzu. Mała rzecz, a wiele zmienia.
Po przeczytaniu tej książki, pierwsze co zrobiłam, wzięłamplastikowy worek, otworzyłam szafki, szafy, szuflady i zaczęłam segregować, patrząc na to wszystko świeżym okiem. Powiem tak: mimo, że staram się nie gromadzić, jednak tu i tam zebrało się 3/4 worka niepotrzebnych rzeczy.
Takie porządkowanie domu, robię co rok. Jakbyśmy się nie starali, okaże się, że zawsze coś niepotrzebnego się jednak zawieruszy. Taki coroczny rytuał oczyszczania przestrzeni, wprowadza nową jakość, lekkość. Daje również powiew świeżości i uczucie zrzucenia z pleców balastu i większej, piękniejszej przestrzeni do życia.
Jeśli chcesz spróbować, oto wskazówki, jak zacząć, Spróbuj, może już dziś?

*Znajdź wolną, spokojną chwilę, może to być nawet 30 minut.
* Wybierz jedno pomieszczenie czy miejsce w swoim domu, może to być kuchnia (czy jakaś wybrana szafka w kuchni), szafa czy komoda z ubraniami, szuflady z magazynami, rachunkami, wycinkami z gazet, półki z książkami, miejsce w którym jest wszystko to czego nie potrafisz sklasyfikować, taki domowy misz-masz lub nawet szuflada, w której nie możesz nic znaleźć.
*Przygotuj plastikowy worek lub/i papierowy karton.
* Wyjmuj po kolei wszystkie rzeczy, zastanów się co naprawdę jest w użyciu, co lubisz, co jest ci bliskie, a co nie zostało tknięte od lat. Potrzeba tu szczerości i odważnego działania. Nieużywany kubek czy książka do której na pewno nie wrócisz, sweter czy kolczyki, które były nietrafionym zakupem, nieoglądane magazyny, stare rachunki, popsute długopisy. Przesegreguj wszystko spokojnie, zachowaj to co niezbędne, wartościowe, do czego wracasz, czy to co bliskie twemu sercu.
*Rozgość się w tej nowej, większej, lżejszej przestrzeni. I jak?



DOMOWY PEELING DO CIAŁA
Na przestrzeni lat używałam różnych peelingów do ciała, lepszych i gorszych tańszych i tych bardziej wykwintnych i po latach doszłam do wniosku, że najlepszy to ten, który zrobię w domu sama. Po żadnym innym skóra nie jest tak aksamitna, a co najważniejsze, dokładnie wiem z czego się on składa.
Peeling z soli morskiej jest korzystny z wielu powodów, poprawia krążenie krwi i ukrwienie skóry, skład soli i solanki morskiej jest bardzo zbliżony do osocza ludzkiej krwi. Same korzyści.

Ważne by użyć dobrego, wartościowego oleju, bez przemysłowych dodatków. Olej migdałowy (kosmetyczny)będzie idealny, jest również bardzo wydajny i starczy na długo. Można używać go jako balsamu do ciała, natłuszczać nim dłonie i stopy, wmasowywać w paznokcie i skórki. Można zastąpić go np. olejem kokosowym, który ma również te same zastosowania kosmetyczne.
Sól powinna być jak najbardziej naturalna, nieoczyszczona,lekko szara, koniecznie morska. Można taką znaleźć w sklepie ze zdrową żywnością czy hurtowni wegetariańskiej.

*olej ze słodkich migdałów, kosmetyczny 
*sól morska, szara, nieoczyszczona, drobno mielona (grubszą sól można zmielić w młynku do kawy na proszek)
Kilka łyżek soli wymieszać z taką ilością oleju migdałowego by powstała emulsja o łatwo rozprowadzającej się konsystencji. Zmoczyć całe ciało ciepłą wodą, peeling nakładać zaczynając od lewej stopy, masując okrężnymi ruchami w kierunku serca. Spłukać ciało ciepłą wodą, osuszyć ręcznikiem, nie trzeć. Skóra będzie aksamitna, gładka, wypolerowana wręcz i natłuszczona. Nie ma potrzeby używać balsamu do ciała.

2015/02/19

75% whole wheat levain. "Mąka, woda, drożdże sól" Kena Forkish'a.




Ken Forkish zrezygnował z korporacyjnej kariery w Dolinie Krzemowej na rzecz swojej pasji... został piekarzem.
Wszystko zaczęło się w latach 90-tych, kiedy znajomy Kena podarował mu francuski magazyn przedstawiający sylwetkę słynnego, francuskiego piekarza, Lionel'a Poliane. Artykuł dał mu inspirację, jakiej poszukiwał do dokonania zmian w swoim życiu.
Zaczął podróżować do Paryża, gdzie jak mówi, ogromnie zainspirowały go francuskie boulangeries i, jak sam mówi, naiwnie marzył o otworzeniu podobnego miejsca w Stanach. Chciał odtworzyć styl i jakość najlepszych chlebów, brioche, croissantów i innych smakołyków, które można znaleźć we francuskich pattiseries.
Praktykował pod okiem wielu chlebowych mistrzów w Stanach i dwóch we Francji, by w końcu w 2001 r otworzyć swoją piekarnię w Portland, w stanie Oregon.

Podczas praktyki piekarskiej uczył się skomplikowanych technik profesjonalnych, które jednak, jak był przekonany, da się przełożyć na domowe piekarnicwo. 
Jego książka "Mąka, woda, drożdże, sól", napisana jest przystępnym językiem, przepisy nie są skomplikowane (nie trzeba nawet posiadać miksera), nastawione na domowego piekarza, wyłożone klarownie, krok po kroku.
W książce każdy znajdzie coś dla siebie: od chlebów na drożdżach (dla zupełnie początkujących, chcących zacząć piec z marszu), chleby na zakwasie (z instrukcją jego przygotowania) oraz przeróżne pizze i focaccie. 
Dziś podaję przepis na chleb pszenny 75%, z przewagą mąki pszennej razowej. 

Polecam!




Chleb pszenny 75% whole wheat levain

Zaczyn:
100 g aktywnego, żytniego zakwasu
400 g mąki pszennej chlebowej
100 g mąki pszennej pełnoziarnistej
400 g letniej wody

Wszystkie składniki wymieszać i zostawić w temp. pokojowej na 6-8godz.

Ciasto właściwe:
360 g zaczynu
710 g  mąki pszennej pełnoziarnistej
90 g mąki pszennej chlebowej
1/2 łyżeczki drożdży instant
21 g soli
660 g letniej wody

Obie mąki i wodę wymieszać, miskę przykryć i zostawić z temp. pokojowej na 20-30min.
Po tym czasie, dodać sól, drożdże i zakwas, wyrabiać mokrymi dłońmi (miksowałam na średnim biegu 2-3 min.)
Ciasto należy złożyć dwa lub trzy razy, najlepiej podczas pierwszych 1 1/2 - 2 godz. Składać mokrym scraperem, zakładając na siebie boki ciasta (można również klasycznie, składając ciasto na lekko omączonym blacie). Ciasto będzie gotowe jeśli powiększy swoją objętość ok. 2 1/2 raza, potrwa to ok 5 godz.
Wyrośnięte ciasto wyłożyć na omączony blat, podzielić na dwie części, złożyć w okrągłe bochenki, ułożyć je w koszykach, wyłożonych omączonymi ściereczkami. Każdy koszyk włożyć do foliowej torebki, szczelnie zamknąć i włożyć do lodówki, na zimne wyrastanie, na 12-13 godz.

Pieczenie
Garnek żeliwny włożyć do zimnego piekarnika, temp. nastawić na 240 st. C, nagrzewać przez 1 godz.
Do gorącego garnka włożyć wyrośnięty bochenek, prosto z lodówki, naciąć go, przykryć garnek pokrywką, piec 30 min., zdjąć pokrywkę i dopiekać 20 min. Studzić na kratce.

Smacznego!

2015/01/26

Nomad Coffee Lab & Shop. Najlepsza kawa w Barcelonie.


Co składa się na kawiarnię idealną?
Wiele czynników.
Przyjazne i piękne wnętrze.
Profesjonalni i zakochani w kawie bariści, chcący cały czas się doskonalić i trzymać najlepszy poziom, nie spoczywając na laurach.
Atmosfera, która sprawia, że czujesz się jak u siebie.
I przede wszystkim - kawa.





Nieoczywista, zaskakująca, niebanalna. Z charakterem. Taka, o której się pamięta, która nie jest szarą, bezbarwną, nieśmiałą myszą stojącą w kącie. Kawa, która budzi emocje.
I co najważniejsze by poziom parzenia tej kawy był, relatywnie, taki sam, za każdym razem.
Nie ma nic gorszego niż zachwyt nad miejscem, perfekcyjną, czy naprawdę solidnie dobrą filiżanką macchiato czy cappuccino, by przy kolejnej wizycie dostać kawę przeciętną lub po prostu złą.
Praca nad utrzymaniem tego samego poziomu, dbałość o jakość, która nie jest dziełem przypadku, to klucz do kawowego raju.
Taką kawę dostaniecie w barcelońskiej Nomad Coffee Lab & Shop.








Nomad to miejsce nietypowe, nie znajdziecie tam żadnych stolików, przy których można się zaszyć z książką na długie godziny. To surowe, modernistyczne wnętrze, z barem przypominającym blat laboratoryjny. Przy barze są tylko cztery miejsca - co jak wytłumaczył mi barista/ kelner z Brunch & Cake, którego w Nomadzie spotkałam na kawie - nawiązuje do konkursów baristycznych, gdzie sędziuje czterech sędziów (zapytał mnie też co sądzę o kawie w Brunch & Cake i zanim odważyłam się powiedzieć co myślę, uprzedził mnie mówiąc, "wiem, że jest beznadziejna". Dodałam tylko, że to prawda i, że smakuje raczej jak kakao niż kawa)
Po bokach od wejścia znajdują się dwie ławeczki, na których można na chwilę przysiąść... i to tyle. Możecie wpaść z psem, rowerem czy hulajnogą, które zaparkujecie wewnątrz, czy na pełnym wielkich, kwiatowych donic dziedzińcu.



A teraz do sedna, kawa.
W Nomadzie nie dostaniecie nic do posłodzenia kawy. Nic. Taką mają filozofię. Ale można przynieść coś ze sobą i dosłodzić, wedle uznania.
Zwykle nie słodzę kawy (chyba, że macchiato, szczególnie kiedy jestem we Włoszech, lub gdy dostanę naprawdę smutne, gorzkie i smakujące popiołem cappuccino), przy pierwszym podejściu do nomadowskiej kawy nie było zachwytu. Przy kolejnym, spróbowałam dosłodzić odrobinę i nie pamiętam co się potem wokół mnie zadziało, wiem tylko, że przy pierwszym łyku rozkwitły owoce i zapachniała dżungla, a na pierwszy plan zaczęły wychodzić zaskakujące smaki ukryte w tle. 
Takie wrażenie zapamiętałam.

Polecam, przy okazji wizyty w Barcelonie.
Idąc od strony via de Laietana, mijając Palau de la Musica, trzeba iść prosto, szukając małej uliczki w bramie, po lewej stronie.


Nomad Coffee Lab & Shop
Pasaje de Sert 12
Barcelona
czynne pn-pt, 8.00-15.00
wifi - brak
www


2014/12/23

Życzenia.


Kochani,
Żeby zauważać to, co najistotniejsze, szczególnie w pozornie nieważnych chwilach. 
Zatrzymania się na chwilę, bliskości.
Zdrowia i miłości, dobrych ludzi wokół.

Dobrego czasu dla Was w te Święta!

Patrycja