2014/08/19

"Kudłaci kucharze na diecie" - konkurs.



Dave Myers i Si King prowadzą popularny w Wielkiej Brytanii program "The Hairy Bikers".
Są miłośnikami dobrego jedzenia, jednak przyszedł taki czas, w którym postanowili, że trzeba schudnąć. 
Nie dla nich jednak liść sałaty polany oliwą, chcieli jeść smacznie, różnorodnie i chudnąć.
Książka ta zawiera ich lżejsze wersje popularnych przepisów, pomysły na lekkie przekąski, obiady, śniadania i desery.
Chciałam od razu nadmienić, że to nie są przepisy stricte dietetyczne, takie jakie zaleci np. dietetyk czy trener fitness. To po prostu trochę odchudzona kuchnia, dla tych, którzy szukają nieco lżejszej alternatywy dla dobrze znanych dań, która może stać się inspiracją do zdrowszego gotowania.








Mam dla Was dwa egzemplarze książki "Kudłaci kucharze na diecie", by je wygrać wystarczy zostawić komentarz pod tym wpisem, do piątku 22 sierpnia, do godz. 12.00. 
Napiszcie co sprawia Wam największą trudność w przejściu na dietę, zmianie odżywiania na lżejsze, kiedy jest taka potrzeba, czy całkowitej/długofalowej zmianie nawyków żywieniowych.

Ze wszystkich komentarzy wybiorę dwa, wyniki ogłoszę w najbliższą niedzielę.



2014/08/14

Szarlotka owsiano-gryczana.

Ostatnio mam wielką ochotę na mąkę gryczaną, przepadam za tym smakiem, dodaję ją niemal do wszystkiego: naleśników, placków chleba, a ostatnio zachciało mi się szarlotki, z tym ziemisto-orzechowym posmakiem i koniecznie z płatkami owsianymi, czułam, że to będzie świetne połączenie. 
Chciałam maksymalnie uprościć jej przygotowanie i wszystkie składniki na spód i kruszonkę przygotowałam w malakserze. Ciasto wyszło wspaniałe, kruszonka sypka i smakująca jak ciepłe, owsiane ciasteczko. W testach organoleptycznych (czytaj: podaję ciasto i nie mówię z jakiej mąki jest robione) nie została wykryta mąka gryczana, za to ciasto bardzo smakowało i zebrało komplementy. Polecam, tym bardziej, że i na targu i u sąsiadów na drzewie widzę pełno antonówek. To świetny czas na szarlotki.





Szarlotka owsiano-gryczana
przepis zgodny z KPP

Nadzienie:
1,5kg jabłek
2 łyżki masła
1/3 szkl. ksylitolu lub brązowego cukru
1 łyżeczka cynamonu (mniej lub więcej - wg upodobania)
1/4 łyżeczki mielonego imbiru
szczypta soli

Jabłka obrać i pokroić w 1cm kostkę, masło rozpuścić na patelni, dodać ksylitol lub cukier, smażyć, aż powstanie niezbyt gęsty karmel. Dodać cynamon, imbir, sól i pokrojone jabłka, dusić do miękkości, ostudzić.

Ciasto:
100 g zimnego masła, pokrojonego w kostkę
1 żółtko
1/2 szkl.  ksylitolu lub cukru
szczypta imbiru
szczypta soli
1/2 łyżeczki sody oczyszczonej
1szkl. płatków owsianych (lubię pełnoziarniste, nieoczyszczone, ale zwykłe czy górskie też będą w porządku)
3/4 szkl. mąki gryczanej

Płatki owsiane wsypać do malaksera i zmielić krótko, przez ok. 10-20sek., nie na proszek, tak żeby zostały grubsze kawałeczki (można zrobić to również blenderem ręcznym lub w młynku do kawy). Dodać, imbir, sól, sodę oczyszczoną, mąkę gryczaną, ksylitol lub cukier i zmiksować do wymieszania, 2-3sek. Dodać żółtko i masło, miksować do połączenia składników. Ciasto można też oczywiście wyrobić ręcznie, najpierw siekając nożem mąkę z masłem i resztą składników, potem wyrobić ręcznie, aż powstaną okruszki.
Foremkę o wymiarach ok 23x23cm wyłożyć pergaminem, na dno wyspać trochę więcej niż połowę ciasta, lekko docisnąć dłonią. Foremkę i malakser z resztą ciasta wstawić na 15min. do lodówki, w tym czasie nagrzać piekarnik do 175st.C
Na schłodzone ciasto wyłożyć jabłka, na wierzch wysypać resztę sypkiego ciasta, piec ok. 45 min. Ciasto jest dość delikatne, kruche, ale dobrze kroi się w kwadraty i nakłada szerokim nożem czy łopatką. Kruszonka smakuje jak sypkie owsiane ciasteczko. Pyszne jeszcze lekko ciepłe.

Smacznego!


2014/08/13

Nasz tajemniczy ogród: Mama i ja.


Odkąd pamiętam, podziwiałam dłonie mojej Mamy: piękne i smukłe jak u pianistki, z idealnym kształtem paznokci.
Podziwiam je do dziś, i mimo, że zmęczone i spracowane, przynoszące ulgę w cierpieniu innym (co zawsze napawa mnie dumą), dla mnie są najpiękniejsze, z charakterem, historią i klasą. Lubię na nie patrzeć, wiele z nich mogę wyczytać...
Z Mamą mamy swoje rytuały, uwielbiamy spotykać się w naszej ulubionej kawiarni-restauracji Weranda, usytuowanej w cichym, zadrzewionym starodrzewiem zakątku, z przeszkloną werandą wychodzącą na plac zabaw, w którego centrum rośnie przeolbrzymia, stara lipa. Kawiarnia sąsiaduje z kościelnym ogrodem, w którym słychać (można też zobaczyć) przechadzające się pawie, czy papużki, których "gadanie" sprawia, że ma się wrażenie bycia w tropikach.

Weranda to miejsce kameralne, ze specyficzną atmosferą, daleką od hipsterskich trendów, nie znajdziecie tam skandynawskich wnętrz czy industrialnych akcentów. To trochę kawiarnia retro, przypominająca wystrojem letnie domy pisarzy międzywojnia (którzy notabene mieszkali w Podkowie w tamtych czasach). Zawsze zamawiam tam to samo: wybitny i prze-py-szny bezowy tort kawowy. Nawet nie szukam już innych miejsc, nie próbuję też innych ich tortów bezowych (bo są i inne torty bezowe ale moją miłością jest kawowa, inni przepadają za pomarańczową itd.), bo ten dla mnie nie ma sobie równych. Kilkakrotnie pojawiało się tu i na FB zdjęcie bezowego tortu kawowego i zawsze był on właśnie z Werandy.
Można zjeść tam również smaczne, domowe obiady. To nie są dania haute cuisine nic wymyślnego: to uczciwa, prosta, smaczna, domowa kuchnia. Codziennie w porze lunchu czeka coś nowego. Jest w tym miejscu coś przyciągającego, kojącego, kiedyś jako dziecko Mama zabierała mnie w to samo miejsce (które wtedy było kawiarnią Kombatant) na ciastko, czujemy się tam więc bardzo swobodnie.
A więc kiedy tylko możemy, wybieramy się tam: na dłużej, leniwie, lub krócej, jeśli Mamie trafi się dłuższa przerwa w pracy. Dzwoni do mnie i pyta co robię, czy jestem w domu, a ja już znam to nasze tajemne hasło, pytam o której, wskakuję na rower i jadę zająć nasz ulubiony stolik. Mama dojeżdża i zaczyna się nasz wspólny czas. Czasem towarzyszy nam też ten przystojny osobnik (Tak, ten jamnik, którego tu czasem widzicie, to pies mojej Mamy. Chwytacz kulinarnych okazji, towarzysz naszych spacerów i kawiarnianych posiedzeń) usadawiając się obok nas na wolnym fotelu.



Siedzimy, rozmawiamy, sączymy kawę lub sok, skubiemy naszą ulubioną, przepyszną bezę kawową (którą gorąco polecam spróbować, jeśli będziecie w okolicy) lub jemy obiad, patrzymy na przepływającą rzeczywistość: dzieci bawiące się na placu zabaw, psy o ciekawej urodzie, czasem spotkamy kogoś znajomego czy zagadnie nas jakiś miły nieznajomy, w międzyczasie czasem robię zdjęcia. Rozmawiamy o sprawach ważnych i błahych, wspominamy, oglądamy zdjęcia, czasem milczymy sobie gapiąc się na te piękne, stare drzewa, sycąc słodkim powietrzem. Po prostu jesteśmy razem. Podczas tych rozmów dowiaduję się ciekawych rzeczy, np. tego, że jako dziecko czytałam książki pod kołdrą, z latarką (tak jakby w dzień było mi mało), a ja przysięgam, nic a nic z tego nie pamiętam! Pamiętam natomiast, że jako dziecko czytałam jak szalona. Żadna książka z biblioteki szkolnej i miejskiej się przede mną nie uchowała i czułam wielkie rozczarowanie, kiedy przeczytawszy cały kanon z działu dla dzieci w moim wieku, buszując po półkach zaciekawił mnie tytuł "Panny z Wilka" chciałam ją wypożyczyć, pani bibliotekarka powiedziała, że to książki dla starszych uczniów.
Wszystkie książki w domu, również nie miały przede mną tajemnic: te mazurskie kłobuki i bajki Ewy Szelburg-Zarembiny już dawno znałam na pamięć, a moja Mama chcąc zaspokoić ten mój książkowy głód pielgrzymowała ze mną po wieczorkach bibliotecznych na których czytane były książki i księgarniach, gdzie pani podawała mi z półek przeróżne książki, a ja wybierałam. Jak cukierki.
Lubiłam czekać, aż Mama wróci z pracy, wyczekiwałam tego dobrze znajomego tupotu szpilek i falowania jedwabnej spódnicy. Dobrze pamiętam dzień, w którym Mama, przywiozła w ogromnej, szarej kopercie, pięknie wydaną, zapierającą dech w piersiach, w twardej oprawie "Alicję w Krainie Czarów". A powinniście pamiętać, ze było to w czasach, gdy o takie perełki nie było łatwo. Ale co począć z dzieckiem, które uwięzione chorobą i zamiast iść na gwiazdkowy, szkolny bal, czyta wszystko co ma pod ręką, nawet "Quo Vadis", w czwartej klasie podstawówki! A Mama przygotowała taką piękną spódnicę na tenże bal: ze szmaragdowej, szerokiej koronki, oblepioną gwiaździstym pyłem z potłuczonej bombki (glamour w wersji "zrób to sam w prl'u"). Ach, jakże chciałam by spódnica ta migotała i Mamuś, d o  d z i ś  to pamiętam i doceniam jak bardzo się starałaś. I to jak kupiłaś nam identyczne drewniaki, szał w latach 80-tych, w tym sklepie, niedaleko Bibilioteki Miejskiej, i to jak uczyłaś mnie w nich chodzić. Opalanie obok kurnika, warzywnika i krzaków malin i agrestu, gdzie uczyłaś mnie robić na szydełku i na drutach i gdzie czytałam na głos baśnie Andersena.
Pamiętam też dzień, gdy dostałam małą książeczkę, doskonale pamiętam tytuł: "Mucha przed sądem". Rozsiadłam się z nią na kanapie, podczas gdy Mama jadła obiad, i czytałam ile sił, najszybciej jak umiem, by po skończonym obiedzie oznajmić Mamie, że już skończyłam (w tym samym czasie, czytając na kanapie i samoobsługowo częstując się lodowatym mlekiem z lodówki, wyhodowałam sobie dorodną anginę) Mina Mamy - bezcenna. Także Mamo, wiem teraz jakim to było dla Ciebie utrapieniem, a ja chciałam tylko, żebyś była dumna, że potrafię tak szybko czytać. To tak jak z tym przytulaniem, kiedy sięgałam Ci ledwo do brzucha, ściskałam najmocniej jak potrafię, aż nie mogłaś oddychać. Bo przecież dla mnie, tamtej, wtedy, jasne było, że im mocniej Cię ściskam, tym bardziej oczywiste jest, że tak mocno Cię kocham...
I kiedy tak siedzimy w tej Werandzie, kiedy już zbliża się czas, że trzeba by iść, to może jeszcze napijesz się soku, nie? może herbatki? tak? to może herbatki, niedużo, jeden dzbanuszek poprosimy - zagajamy do kelnerki, która zna nas już dobrze - i dwie filiżanki. 
Czasem idziemy na spacer, zawsze przechodząc przez kościelny ogród, kiedyś w ten sposób trafiłyśmy tam, przypadkiem, na koncert muzyki poważnej.
Kościół, poza kilkoma osobami, był pusty przycupnęłyśmy więc w ławce, słuchając tego, niemal prywatnego występu.





Czas odjazdu przychodzi zawsze za szybko, bo to można jeszcze raz posiedzieć pod drzewem albo ... i nim się obejrzę już jestem na lotnisku. Kiedy tak już się wyściskamy ile to możliwe, to jakbym się nie starała, to czasem tak jakoś oczy robią mi się mokre, szczególnie kiedy przytula mnie i na sam koniec szepcze do ucha coś, co sprawia, że w gardle więzną mi łzy, tama puszcza, a ja nie przejmuję się tym, że wokół tłum ludzi... I w końcu ciągnę walizkę do odprawy, porządnie już usmarkana, macham do niej i przed oczami przebiegają mi te wszystkie wspólne chwile, rozmowy, i ten nieodzowny łączący się z nimi zapach powietrza i liści starych drzew, od którego nie mogę się potem uwolnić, dotyk jej dłoni, czy to jak wącha moje włosy (tak jak to robiła, kiedy byłam dzieckiem), kiedy pochylam się obok niej, żeby zrobić zdjęcie, licząc, że do następnego razu trochę mi tego wystarczy...

...i znów nadeszły te dni, ponownie jestem w Polsce i zamierzam wycisnąć każdy z nich jak cytrynę.




2014/08/07

Prażone migdały.



Migdały można lubić lub nie, jedni uwielbiają, inni nie za bardzo. Kwestia upodobania.
Za to prażone migdały, oo, to już zupełnie inna sprawa: stają się miękkie, pachną lekko dymnie i stają się aksamitno-tłuściutkie w smaku, rozpuszczają się niemal na języku. 
Gotowe są w jakieś trzy-cztery minuty i koniecznie, koniecznie trzeba je jeść póki ciepłe. 

A ciepłe znikają na raz-dwa-trzy!




Prażone migdały

1szkl. migdałów

Migdały wsypać na rozgrzaną patelnię, prażyć na średnim ogniu, cały czas mieszając drewnianą łyżką, do momentu, aż zaczną pachnieć i przyrumieniać się.
Zdjąć z patelni i koniecznie jeść póki ciepłe.

Smacznego!