2009/12/29

O miłości. Sile. I prostocie szczęścia.

Dziś zupełnie niekulinarnie.

Ponad rok temu trafiłam na blog.
Blog o szczęściu.
Banalna historia. Jakich tysiące.
Dziewczyna poznaje chłopaka. Zakochują się w sobie, pobierają, rodzą im się dzieci, są szczęśliwi.
Wiodą proste życie. Bez fajerwerków.
Nienie (Ona) i Pan Nielson (Jej mąż), to młode, szczęśliwe małżeństwo, z gromadką rozbrykanych dzieciaków. Mieszkają w zwykłym domu, prowadzą zwykłe życie a Nienie prowadzi blog, w którym pokazuje nam migawki z ich codzienności: umorusane czekoladą dziecko, pies służący Jej malutkiemu synkowi za materac czy zdjęcia ze ślubu i uroczystości rodzinnych.
To co mnie urzekło, to niezwykły optymizm, radość i szczęście bijące z każdego słowa, zdjęcia.
Szczęścia, które płynie z absolutnie przeciętnych i zwykłych wydawałoby się rzeczy.
Z poranka, dziecięcego uśmiechu, spaceru czy wspólnego pieczenia ciastek.
Nienie nie zastanawia się czy potrzebuje do szczęścia czegoś więcej. Ona czerpie szczęście z tego co ma. Świat widziany jej oczami jest przepełniony miłością i spełnieniem. Codziennie jest wdzięczna za to, co dostała od losu. Z czułością przeglądająca się w oczach Pana Nielsona, którego nazywa miłością swojego życia.
Trafiam na ten blog, w tragicznym momencie, gdyż niewielki samolot, którym Nienie i Pan Nielson lecieli, rozbił się a oni z ciężkimi poparzeniami walczyli o życie.
Blog Nienie uzupełniany był o nowe informacje o stanie ich zdrowia, przekazywanymi przez Jej bliskich.
Nienie i Pan Nielson wiele miesięcy spędzili w szpitalu, nikt nie wierzył, że przeżyją.
Przeżyli. Nienie ma zdeformowaną twarz i poparzenia całego ciała.
Po długiej nieobecności wraca do prowadzenia bloga. Zastanawiałam się jak zmieni się Jej nastawienie, Jej blog. I może to zabrzmi niesamowicie, ale oprócz drastycznej zmiany w Jej wyglądzie, nie zmienia się nic.
A mogłoby, w myśl zasady " łatwo być szczęśliwym będąc pięknym i zdrowym". Nienie swoją urodę i zdrowie zostawiła w płonącym samolocie. Jest jednak niezłomna. Nie patrzy wstecz, za tym co straciła. Widzi co wygrała. Więc gotuje, robi zdjęcia, cieszy się z każdego nadchodzącego dnia a patrząc na wolne miejsca przy kuchennym stole, głośno myśli o posiadaniu kolejnego dziecka i z miłością przegląda się w oczach Pana Nielsona. Wszystko to pozwala Jej znieść ból okaleczonego ciała. I daje siłę ducha.
Obserwując Nienie, nabieram w płuca haust pełen optymizmu. Podziwiam Jej pęd do życia, pogodzenie z rzeczywistością, celebrowanie prostych przyjemności i niezłomną, chciałoby się powiedzieć, walkę o szczęście. Sęk jednak w tym, że Nienie nie walczy. Ona to szczęście wyłuskuje ze wszystkiego co ją otacza.
W czasach, gdy częściej zastanawiamy się czego nam brakuje, pomyślmy o tym co i kogo mamy.
I cieszmy się tym.
Codziennie.



Więcej o Nienie i jej świecie znajdziecie na: nieniedialogues.blogspot.com

17 komentarzy:

Pela pisze...

Bardzo mnie poruszył ten wpis.
Przeczytałam cały zanim zajrzałam do bloga Nienie.
Ten krótki opis bloga zawiera kwintesencję przesłania o optymistycznym spojrzeniu na własne życie (z jego radościami i smutkiem), które ja w ostatnich latach trochę zgubiłam.
Odwiedzając takie blogi dostajemy mocnego kuksańca do zastanowienia się, czy zbytnio się sami nie rozpieszczamy i nie użalamy z powodu błahostek?

Dzięki Twojemu opisowi mogłam lepiej zrozumieć zdjęcia zamieszczone na blogu.
Niestety, nie znam angielskiego, więc o zrozumieniu treści nie ma mowy.

Dziękuję Ci za ten wpis - przydał mi się taki zastrzyk.
Pozdrawiam serdecznie.

Ania vel Vespertine pisze...

Ojej, Parycjo, raz, w przelocie, zajrzałam na ten blog... Ale akurat nie trafiłam na TE zdjecia i nie załapałam, jaka tragedia stoi za tym wszystkim.

Daje do myślenia. BARDZO. Dziękuję Ci, ze o tym napisałaś, to idealny moment na takiego kopnaka - czas przed Nowym Rokiem...

Ściskam Cię i przesyłam dużo pozytywnej energii na Nowy ROk.

agatek pisze...

Patrycjo, dziękuję za naprowadzenie mnie na ten blog, zresztą pięknie o nim napisałaś. Zastanawiam się czasami po co ludzie doznają takich i całkiem innych tragedii. Najgorsze jest to, że one są potrzebne, żeby inni ludzie wzięli sobie do serca to jak kruche jest całe życie. Największą sztuką to dać sobie wtedy radę. Ja podziwiam całym sercem takie osoby jak Nienie i cieszę się, że mimo wszystko Ona jest szczęśliwa.

co_zerka pisze...

Do Nienie zaglądam od jakiegoś czasu. Nie od razu zorientowałam się, że "coś" jest nie tak.

To ciepłe pełne miłości miejsce, w którym tragedia (chociaż tak namacalna) nie jest widoczna. Dom do jakiego chciałoby się mieć zaproszenie...

Ładnie to napisałaś...
"Sęk jednak w tym, że Nienie nie walczy. Ona to szczęście wyłuskuje ze wszystkiego co ją otacza."

Liska pisze...

Może niektórzy z nas zdają sobie sprawę z tego, że wszystko jest ulotne, nic nie jest na zawsze i stwierdzenie, że cieszenie się każdą chwilą jest ważne i niebanalne. A ocieranie się o śmierć, chorobę czy trud, tylko w tym przekonaniu utwierdza.

Goś pisze...

Trafiłam na ten blog całkiem niedawno. Wiedziałam już co się w życiu Nie stało,ale wchodząc na jej bloga po raz pierwszy po prostu nie da się zauważyć jej tragedii. Musisz dopiero albo zobaczyć zdjęcia, albo zajrzeć do archiwum.
Wielu wydaje się, że będą żyć wiecznie, że to niemożliwe żeby za moment mogło im się coś stać. I nawet, kiedy zobaczą czyjąś tragedię, jak choćby Nienie, to raczej też to do nich nie dochodzi. 'Bo mnie to nie dotyczy'..
Tak jak napisała Liska: "cieszenie się każdą chwilą jest ważne" ale i przekonanie jaki w życiu ma się cel i o co w tym naszym bycie chodzi - nie mniej.

Delie pisze...

Trafiłam na bloga Nie krótko tym wypadku. Od tego czasu zaglądam codziennie, i nawet jeśli nie ma nowych wpisów, to czytam ponownie te stare, z czasów BC (before crash - jak pisze Nie).
Pięknie opisałaś tego bloga Patrycjo. Ale ja bym dodała jeszcze jedno - Nie też ma chwile załamania związane z towarzyszącym jej bólem i tym jak jej ciało wygląda obecnie. To ludzkie, to normalne. Ale zawsze potrafi w otaczającym ją świecie, dzieciach, miłości Pana N. znaleźć coś cennego, optymistycznego, co ją z tych przykrych myśli wyciągnie. Zawsze.

Patrycja pisze...

Bardzo się cieszę, że Nienie Was poruszyła. To ważne czasem zostać potrząśniętym taką historią. Patrzy się wtedy na swoje życie jakby pokorniej i jakby wdzięczniej.


Delie,

Nie chciałam wdawać się w szczegóły, choć miałam ochotę napisać o bolącej nodze i tym, że dzieci i mąż za ścianą sprawiają, że przestaje ona być ważna.
Chodziło mi jednak bardziej o pokazanie nastawienia, niezłomności ducha, znajdowaniu szczęścia w sytuacji, w której pozornie jest tylko tragedia. O sile życiowej. I chyba mi się to udało;)

Pozdrawiam wszystkich serdecznie!

Zaytoon pisze...

Wszyscy biegniemy, narzekamy. Bez względu na wiek; naprawdę. I... to naprawdę piękne, że istnieją jeszcze ludzie, którzy potrafią w każdym banale odnaleźć szczęście, we wszystkim odnajdywać radość.

Chciałabym tak potrafić...

zemfiroczka pisze...

Weszłam i wsiąkłam - z bloga Nie bije taka radość i ciepło mimo wszystko.

Na razie przejrzałam większą część zdjęć, potem wszystko obczytam.

Dzięki Trufelko za sznurek :)

Delie pisze...

Patrycjo udało Ci się. Bardzo.

To znajdowanie szczęścia w sytuacji, w której pozornie jest tylko tragedia - jak to trafnie napisałaś - najbardziej mnie porusza. I daje do myślenia. Pozdrawiam!

Nivejka pisze...

Niesamowita historia... tak niewiele potrzeba żeby świat się zawalił i tak wiele potrzeba siły wewnętrznej żeby go utrzymać:)

Agnieszka pisze...

Patrycjo, dziękuję za wskazanie tego bloga. Rzeczywiście niezwykły moment na zatrzymanie się i przyjrzenie własnemu życiu, być może zrewidowanie niektórych planów na kolejny rok... Zastanowienie się, kto i co naprawdę dla nas ważne. Czy "tragedie", które przeżywamy- naprawdę nimi są, czy tylko kpimy w nieświadomości z darów losu?
Pozdrawiam
Agnieszka

Monika. L pisze...

Ważne zatrzymanie dzisiejszego dnia.
Mieszanka uczuć i pytań do siebie samej...
Ogromny szacunek dla tak niezwykłych ludzi.
Patrycjo bardzo Ci dziękuję.

Pozdrawiam
M.

lisiczka_bez_kitki pisze...

Wczoraj przeczytałam. Zajrzałam do Nienie. Nie, nie słyszałam o niej wcześniej, przed i po. Wczoraj przeczytałam i z tych wszystkich kłębiących się słów nie wydukałam nic. Wstyd mi było. Za te moje wszystkie czarne myśli czasem, co to ja się niby ich boję i wszystkiego tego, co to w nich tam jest. Tego w co śmiem nie wierzyć, czyli siebie. Tego, ze zwykły dzień mi się czasem nudzi, że jak już jest wieczór to myślę, że go zmarnowałam.

Od dziś (od wczoraj) będzie inaczej.

Dziękuję.

dagnyy pisze...

wsiaklam w blog Stephanie. spedzilam dzis caly dzien z nim, przeczytalam caly, od poczatku do konca.
bardzo inspirujacy, bardzo duzo dajacy do myslenia, piekny. az slow brakuje...

buruuberii pisze...

Niesamowita kobieta, niesamowici ludzie! Z usmiechem mimo przeciwnosci, czasem tak nie potrafie... Tak pieknie zaczynala sie ta historia i tak pieknie biegnie, sa niewiarygodni! Mysle, ze jest tak jak piszesz Patrycja, docaniaja kogo maja, to wazne bysmy czuli to na codzien.
Pozdrawiam serdecznie :-)