Dwa tygodnie w Polsce minęły szybko, dużo za szybko, tak szybko jak nigdy.
Mam wrażenie, że był to mały rollercoaster i mimo najlepszych chęci nie zdołałam spotkać się z każdym kto na to liczył, mam nadzieję nadrobić to następnym razem. W tym całym jednak szaleństwie, jak drobniutki piasek szczelinki, czas wypełniały spotkania, załatwianie pilnych spraw, robienie zdjęć, jeżdżenie rowerem, granie w babinktona (sic!), małe i smaczne chwile.
Każdy pobyt w domu ma inny wymiar, najlepiej widać to na zdjęciach. Emocje wypisane w zmarszczce, spojrzeniu, dobry nastrój, ból, zmęczenie, tęsknota, miłość, nadzieja, radość, fakt, że jedni rosną, inni są coraz starsi...
Coraz więcej prawd też do mnie dociera, a rzeczywistość i upływający czas, coraz dosadniej mi je uświadamiają. I choć od dość dawna wiem co jest najcenniejsze, w co najlepiej inwestować czas i uwagę, to ostatnio coraz silniejszą czuję potrzebę kumulowania czegoś, czego kiedyś nie da się kupić za żadne pieniądze, a za odrobinkę tego oddałoby się całe złoto świata. Dlatego też zamiast pustych rozmów o niczym, miejsc w których być "powinnam", wybieram najpiękniejsze na świecie spracowane dłonie, czas spędzony na rozmowach czy milczeniu, po prostu byciu tu i teraz, słuchaniu, patrzeniu. I mam świadomość, że jak nie można najeść się na zapas, tak i nie można nasycić się chwilą, osobą, ale głęboko wierzę, i czuję, że wiele tych emocji, gestów, obrazów zostaje i utrwala się w środku. Jest kojącą bazą, bogactwem, które zostaje w sercu na zawsze, z którego kiedyś, przyjdzie potrzeba czerpać.
Każdy pobyt w domu ma inny wymiar, najlepiej widać to na zdjęciach. Emocje wypisane w zmarszczce, spojrzeniu, dobry nastrój, ból, zmęczenie, tęsknota, miłość, nadzieja, radość, fakt, że jedni rosną, inni są coraz starsi...
Coraz więcej prawd też do mnie dociera, a rzeczywistość i upływający czas, coraz dosadniej mi je uświadamiają. I choć od dość dawna wiem co jest najcenniejsze, w co najlepiej inwestować czas i uwagę, to ostatnio coraz silniejszą czuję potrzebę kumulowania czegoś, czego kiedyś nie da się kupić za żadne pieniądze, a za odrobinkę tego oddałoby się całe złoto świata. Dlatego też zamiast pustych rozmów o niczym, miejsc w których być "powinnam", wybieram najpiękniejsze na świecie spracowane dłonie, czas spędzony na rozmowach czy milczeniu, po prostu byciu tu i teraz, słuchaniu, patrzeniu. I mam świadomość, że jak nie można najeść się na zapas, tak i nie można nasycić się chwilą, osobą, ale głęboko wierzę, i czuję, że wiele tych emocji, gestów, obrazów zostaje i utrwala się w środku. Jest kojącą bazą, bogactwem, które zostaje w sercu na zawsze, z którego kiedyś, przyjdzie potrzeba czerpać.
Jeśli jeszcze Was nie zanudziłam swoim filozofowaniem, zapraszam na sporo wiosennych migawek z mojego majowego pobytu w Polsce, z moimi ulubionymi miejscami, smacznymi adresami, pod które zaglądam. Jako podkład muzyczny proponuję tę piosenkę.
Pączki z Pracowni Cukierniczej Zagoździński, podobno najlepsze w Warszawie, podobno kiedyś przychodził na nie sam marszałek Piłsudski. Ale jak mnie poinformował starszy Pan, który wskazał mi drogę, już nie tak dobre, jak wtedy kiedy żyła starsza właścicielka.
W SushiZushi tatar z łososia nadal pierwsza klasa (z tuńczyka też).
Ten cudny piesek, z wełnistą sierścią jak owieczka, tylko wygląda tak dostojnie, w rzeczywistości jest młodszy, tylko to futerko sprawia takie wrażenie. Tak powiedziała jego Pani.
Spotykałam, i fotografowałam, już różne psy, ale ten zrobił na mnie szczególne wrażenie.
Ta suczka była bardzo nieufna, jej Pani powiedziała, że jest wzięta ze schroniska i to dlatego. Po chwili oswajania i głaskania, zaczęła spoglądać w obiektyw. Tak jakby chciała coś powiedzieć. Kiedy przeglądałam te zdjęcia, nie mogłam zapomnieć tego spojrzenia, tego czegoś w jej oczach, które mówią więcej niż tysiąc słów. Jest w tej suni jakaś tajemnica, jakieś milczenie i ogrom ciepła. Obserwowałam jak odchodzi ze swoją panią, uradowana, merdająca ogonem.
Uśmiechająca się nim, po raz pierwszy..
Uśmiechająca się nim, po raz pierwszy..

Drożdżówka peeeeełna masy makowej. Z cukierni Meryk, w przejściu podziemnym metro Ratusz.
Ten widok mi się nigdy nie znudzi. Są w życiu rzeczy ważne i zupełnie nieistotne, a moim największym pragnieniem jest, by patrzeć na te ręce jeszcze dłuugie, dłuuuuugie lata.
Po lewej gęste i bardzo czekoladowe lody z Werandy (które, miałam wrażenie, zrobione były niemalże z samej roztopionej, gorzkiej czekolady), po prawej bazyliowo-cytrynowe z Limoni (kawowe też bardzo mi smakowały)
Obłędne cold brew z Relaksu. Ta kawa będzie mi się śnić po nocach. Jeśli nie ma, bo akurat się robi, poproście o dripa na lodzie, też pyszny.

Niektórzy to się umieją w życiu ustawić, tylko relaks i relaks.

Obłędna beza kawowa z Werandy, jeśli będziecie w pobliżu naprawdę warto spróbować.
Nalewka malinowa mojej Babci, pachnie jak świeżo rozgniecione maliny - niebo!
Nalewka malinowa mojej Babci, pachnie jak świeżo rozgniecione maliny - niebo!
Kontrola jakości w lokalu gastronomicznym Warburger, po raz kolejny, przebiegła pomyślnie.
Podoba mi się to, że mają również bułeczki orkiszowe, trzeba tylko zaznaczyć przy składaniu zamówienia.
Żadne tam holendry, mój Dziadek ma najbardziej czadowy rower, bez dwóch zdań!






























