Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kawiarnie Restauracje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kawiarnie Restauracje. Pokaż wszystkie posty

2016/05/18

Pierre Hermé i najlepsze paryskie makaroniki.

















Pierre Hermé, gwiazda wśród francuskich (i nie tylko) cukierników, okrzyknięty, przez francuski Vogue, Picassem cukiernictwa, człowiek który rozsławił makaroniki i miał wpływ na rozwinięcie sieci ekskluzywnych, cukierniczych butików Laduree.
Zaczynał jako czternastoletni czeladnik u słynnego Gastona Lenôtre, następnie, przez jedenaście lat pracuje w sieci ekskluzywynych delikatesów Fauchon, zwanej "supermarketem dla milionerów". w 1998r. otwiera swój pierwszy butik w Tokyo, podobno podczas kontraktu z Laduree nie wolno było otworzyć mu swojej cukierni w Paryżu. Robi to dopiero w 2002r.. W tej chwili w mieście świateł ma ponad dziesięć swoich butików.
Kiedy więc wybraliśmy do Paryża, późną wiosną zeszłego roku, wiedziałam, że swoje pierwsze cukiernicze kroki skieruję właśnie tam.
Chciałam spróbować tych osławionych makaroników, których przeapetyczne i finezyjne zdjęcia, do tej pory tylko oglądałam (reklamy makaroników Hermé są jednymi z najbardziej działającymi na zmysły, polecam poszukać w sieci) oraz koniecznie legendarnego ciastka 2000 feuilles: karmelizowanego francuskiego ciasta, przełożonego praliną z piemondzkimi orzecami laskowymi i pralinowym kremem mousseline. Brzmi jak niebo, prawda?



Cóż, nie będę zaprzeczać, smakuje również jak niebo.
Idealnie chrupiące warstwy ciasta (troszkę przypominające nasze ciasto na napoleonkę), przełożone kremem, którego smak naprawdę trudno opisać. Każdy kęs to jak unoszenie się nad ziemią.
Wracaliśmy po niego wielokrotnie podczas całego pobytu, i tuż przed wyjazdem był on naszą ostatnią paryską wieczerzą. Jeśli macie zjeść jeden deser w Paryżu, to to właśnie powinno być 2000 feuilles.

I oczywiście choć dwa makaroniki. Koniecznie.
Jeśli miałabym określić je jednym słowem to byłoby to "idealne".
Bo są idealne, idealnie łąmią się pod pierwszym kęsem, a w środku są ciągnące, krem/nadzienie jest intensywne i niczego nie udaje. Wybór smaków jest oszałamiający, róża z płatkami różnaymi (nie mogłam sobie odmówić), karmel z solonego masła (ojej!), oliwa i wanilia (tak żałuję, że się nie zdecydowałam), pistacja i malina, jaśmin, mango i kandyzowany grapefruit, pomarańcza i kwiat bazylii, czy mam wymieniać dalej?
A co wiosnę przestawiają nowe, zaskakujące połączenia smakowe. Naprawdę trudno się zdecydować, najlepiej przychodzić codziennie i brać po dwa nowe smaki.
Próbowaliśmy również, niezwykle słynnych makaroników Laduree i Lenôtre, które po pierwszym kęsie kazały od razu odwrócić się na pięcie i wrócić po makaroniki Hermé...co też zrobiliśmy. I tak już nam zostało do końca pobytu w Paryżu.

To co zaskoczyło mnie w butikach Pierre Hermé, to cała oprawa, ogromne przywiązanie do pięknej formy, sposobu pakowania, obsługa klienta, która jest raczej jak spektakl w teatrze czy pakowanie biżuterii, niż deserów. I takie się właśnie ma uczucie, jakby się kupowało cukierniczą biżuterię. Niesamowicie wyrafinowaną i bardzo, bardzo uwodzącą smakiem. 












2015/07/20

Holy Belly. Paryż.






Śniadanie w Holy Belly było najpyszniejszym, jakie zjadłam w Paryżu, i wracam do niego wspomnieniami bardzo często.
To był prosty zestaw: jajka w koszulce, ciepły chleb, masło, duszone pieczarki i plasterki chrupkiego bekonu.
Nic takiego. Banał, prawda?





Ale to złudzenie, gdyż na ideał składa się opanowanie podstaw do perfekcji, użycie najlepszych składników i to coś, co sprawia, że tak, wydawałoby się, prosty zestaw, staje się niezapomnianym posiłkiem, który wbrew pozorom niełatwo odtworzyć. Ja o nim zapomnieć nie mogę, a rzadko co robi na mnie duże wrażenie. Wracam do tego śniadania myślami co jakiś czas i już kombinuję, jakby móc zjeść je ponownie. Obawiam się, że gdyby jakaś kawiarnia w mojej okolicy serwowała takie śniadanie, byłabym tam bardzo częstym gościem. Zbyt częstym.
Jajka w koszulce były trafione w punkt, nie za duże,  posypane mikroskopijnym, drobniutko posiekanym szczypiorkiem, żółtko idealnie otulone białkiem z każdej strony, po przekrojeniu rozlewające się jak gęsty, aksamitny krem. I ten smak prawdziwego jajka, niby kupuję pyszne jajka "zerówki", ale to było coś jakby więcej.
Do tego pajda niewyobrażalnie dobrego, ciepłego chleba na zakwasie, a co do chleba mam wysokie wymagania i mało co zachwyca mnie na mieście, nawet w takim królestwie boulangerie jak Paryż (chleb pochodzi z pobliskiej piekarni, o której napiszę więcej).










Holy Belly słynie również z pancakes, miałam ochotę spróbować tych z bekonem, masłem z Bourbonem i syropem klonowym, połączeniem kiedyś kontrowersyjnym, a dziś bardzo hedonistycznym. Nigdy takich nie jadłam, jakoś nie mogłam się odważyć, a coś mi mówi, że to idealne miejsce na ten pierwszy raz.
W porze lunchu i w weekend karta się zmienia i jest bardzo różnorodna, od francuskich klasyków, po włoskie czy smaki bliskiego wschodu. Menu jest częściowo po francusku, ale obsługa błyskawicznie pomaga przechodząc na angielski.

Na koniec, kawa.
Kawa w Paryżu nie jest najlepsza, jesli mogę to tak delikatnie ująć.
Kultura kawowa na profesjonalnym poziomie dopiero raczkuje, kawa jest droga i bardzo, bardzo niskiej jakości i pomimo ogromnej ilości kawiarni, dobrą kawę znaleźć można w kawiarniach tzw. "trzeciej fali" (o czym można poczytać więcej w wywiadzie z współwłaścicielem Holly Belly, link na końcu postu), których jest, w ogromnej skali miasta, niewiele, ale to pewnie zacznie się zmieniać.
W Holy Belly mają kawę bardzo dobrą, w uczciwej cenie (nie zapłacicie tam 7 euro, tyle kosztuje okropna lura, ale w "kultowym" miejscu czy przy modnej i szykownej ulicy) i z odwiedzanych przeze mnie paryskich kawiarni, w tej serwują jedną z najlepszych w Paryżu. Dbają o ziarna (które pochodzą z paryskiej Brulerie Belleville) oraz o dobrą, filtrowaną odwróconą osmozą wodę, co jest niezwykle istotne, dobra woda, to nieprzekłamany i lepszy smak kawy. 






Holy Belly ma dwóch właścicieli, Sarah Mouchot (która jest tam jednym z chef'ów) i Nico Alary (który jest tam baristą), którzy zanim otworzyli Holy Belly podróżowali po Australii by poznawać tamtejszą kulturę kawową i jedzenie, co widać po różnorodności menu, które nie jest typowo francuskie (Nico odrzuca typowe francuskie śniadanie oparte na cukrze na rzecz ciepłego, wytrawnego i kojącego śniadania, jakie jadał w Australii) bezpretensjonalności, przykładaniu wagi do najwyższej jakości produktów, sezonowości, lokalności i pieczołowitości dotyczącej kawy. I to się czuje! Na talerzu i w filiżance.
To miejsce bez zadęcia, dla każdego. Ale przede wszystkim to mekka obłędnego jedzenia, gdzie wszyscy są nim jakoś zauroczeni (jestem nim zauroczona nadal) każdy czuje się tam mile widzianym i dopieszczonym gościem. Zero paryskiego zadęcia.
Miejsce jest tętniące życiem, z luźną atmosferą, z eklektycznym, industrialnym wnętrzem i ciekawą muzyką. Spotkacie tam wszystkich - hipsterów, turystów z całego świata, tych jak żywcem wyjętych z Kinfolka (z którym zresztą kiedyś współpracował Nico ) czy tych w sportowych kurtkach i trekkingowych plecakach, młodych rodziców z maleńkim dzidziusiem w nosidle, szykownych Paryżan czy tych w wytartych tenisówkach.

Jeśli będziecie w Paryżu, polecam gorąco i niezwłocznie udać się tam na śniadanie. 
Pamiętając jednak, że wieść o pyszności tego miejsca rozniosła się szybko, jest dużo większa i zatacza dużo szersze kręgi niż jego gabaryty. Innymi słowy, tam zawsze jest kolejka. Zawsze i duża. Zaczyna się już o 9.45, o 10 lokal otwierają i kwadrans później już jest pełny, nie przyjmowane są rezerwacje, więc trzeba po prostu przyjść i być przygotowanym na oczekiwanie. Czasem 45min., czasem ponad godzinę, ale powiadam Wam, warto!

Na deser, sporo o idei i historii powstania Holy Belly, przyszłości kuchni francuskiej, dobrej kawie i tym co leży u podstaw Holy Belly, baardzo ciekawy wywiad z Nico Alary w Magazynie Kinfolk.

UWAGA jeśli ktoś planuje odwiedziny Holy Belly w najbliższym czasie, właśnie ogłosili wakacyjną przerwę (i remont) otwierają ponownie 3 września.




Holy Belly
19 Rue Lucien Sampaix, niedaleko kanału Saint Martin, metro: Jacques Bonsergant
możliwość rezerwacji: brak
pn-pt 9-17 (kuchnia kończy pracę o 15)
sb-nd 10-17 (kuchnia kończy pracę o 16)

www/ FB

2015/01/26

Nomad Coffee Lab & Shop. Najlepsza kawa w Barcelonie.


Co składa się na kawiarnię idealną?
Wiele czynników.
Przyjazne i piękne wnętrze.
Profesjonalni i zakochani w kawie bariści, chcący cały czas się doskonalić i trzymać najlepszy poziom, nie spoczywając na laurach.
Atmosfera, która sprawia, że czujesz się jak u siebie.
I przede wszystkim - kawa.





Nieoczywista, zaskakująca, niebanalna. Z charakterem. Taka, o której się pamięta, która nie jest szarą, bezbarwną, nieśmiałą myszą stojącą w kącie. Kawa, która budzi emocje.
I co najważniejsze by poziom parzenia tej kawy był, relatywnie, taki sam, za każdym razem.
Nie ma nic gorszego niż zachwyt nad miejscem, perfekcyjną, czy naprawdę solidnie dobrą filiżanką macchiato czy cappuccino, by przy kolejnej wizycie dostać kawę przeciętną lub po prostu złą.
Praca nad utrzymaniem tego samego poziomu, dbałość o jakość, która nie jest dziełem przypadku, to klucz do kawowego raju.
Taką kawę dostaniecie w barcelońskiej Nomad Coffee Lab & Shop.








Nomad to miejsce nietypowe, nie znajdziecie tam żadnych stolików, przy których można się zaszyć z książką na długie godziny. To surowe, modernistyczne wnętrze, z barem przypominającym blat laboratoryjny. Przy barze są tylko cztery miejsca - co jak wytłumaczył mi barista/ kelner z Brunch & Cake, którego w Nomadzie spotkałam na kawie - nawiązuje do konkursów baristycznych, gdzie sędziuje czterech sędziów (zapytał mnie też co sądzę o kawie w Brunch & Cake i zanim odważyłam się powiedzieć co myślę, uprzedził mnie mówiąc, "wiem, że jest beznadziejna". Dodałam tylko, że to prawda i, że smakuje raczej jak kakao niż kawa)
Po bokach od wejścia znajdują się dwie ławeczki, na których można na chwilę przysiąść... i to tyle. Możecie wpaść z psem, rowerem czy hulajnogą, które zaparkujecie wewnątrz, czy na pełnym wielkich, kwiatowych donic dziedzińcu.



A teraz do sedna, kawa.
W Nomadzie nie dostaniecie nic do posłodzenia kawy. Nic. Taką mają filozofię. Ale można przynieść coś ze sobą i dosłodzić, wedle uznania.
Zwykle nie słodzę kawy (chyba, że macchiato, szczególnie kiedy jestem we Włoszech, lub gdy dostanę naprawdę smutne, gorzkie i smakujące popiołem cappuccino), przy pierwszym podejściu do nomadowskiej kawy nie było zachwytu. Przy kolejnym, spróbowałam dosłodzić odrobinę i nie pamiętam co się potem wokół mnie zadziało, wiem tylko, że przy pierwszym łyku rozkwitły owoce i zapachniała dżungla, a na pierwszy plan zaczęły wychodzić zaskakujące smaki ukryte w tle. 
Takie wrażenie zapamiętałam.

Polecam, przy okazji wizyty w Barcelonie.
Idąc od strony via de Laietana, mijając Palau de la Musica, trzeba iść prosto, szukając małej uliczki w bramie, po lewej stronie.


Nomad Coffee Lab & Shop
Pasaje de Sert 12
Barcelona
czynne pn-pt, 8.00-15.00
wifi - brak
www