Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Co pod choinkę. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Co pod choinkę. Pokaż wszystkie posty

2019/12/04

Prezentownik 2019 - książki


Pierwszy tydzień grudnia, zbliża się czas kupowania prezentów pod choinkę, a książki wciąż są najwyżej na mojej liście prezentów idealnych, najwyższa więc pora przedstawić Wam pozycje, które mnie zachwyciły w mijającym roku. Niektóre starsze, inne wydane całkiem niedawno.
To zaczynamy!


"Pani od obiadów. Lucyna Ćwierczakiewiczowa. Historia życia" Marta Sztokfisz
Wyd. Literackie

Och, co to jest za książka, co to była za persona, co za biografia!
Ćwierczakiewiczowa życiorysem, charyzmą, pracowitością i charakterem mogłaby obdzielić ze trzy osoby. Lucyna to legenda, instytucja (marka sama w sobie, jakbyśmy dzisiaj powiedzieli) którą sławą można porównać do Julii Child. Równie pracowita, uparta i dążąca do celu, o niewyparzonym języku, ale wielkim sercu i ogromnej szczodrości dla najbiedniejszych.
Na łamach czasopism, kalendarzy i w swoich książkach (szczególnie bestsellerem kilku dekad "365 obiadów za pięć złotych"), uczyła nie tylko jak gotować na każdą okazję, święto i porę roku, przygotowywać przetwory, kiedy i co wekować, ale jak prowadzić i dbać  o dom, robić zakupy, uczyła higieny i propagowała ją na wielką skalę, co w tamtych czasach nie było tak oczywiste. Kochała artystów, pisarzy, z wieloma się przyjaźniła. Ciężką pracą osiągnęła niesamowity majątek, stając się jedną z najbogatszych osób w kraju, a poglądy i często cięty język nie raz sprowadzały na nią kłopoty.

Tę książkę po prostu trzeba przeczytać! Nie tylko jeśli interesujemy się kulinariami, ale historią Warszawy, dawnymi obyczajami, ciekawostkami, tym jak się żyło, jadało, mieszkało, spędzało czas.
To cudowna, wciągająca lektura, którą gwarantuję, jeśli znajdziecie pod choinką, zaczniecie czytać jeszcze przy wigilijnym stole i zaśniecie z nią pod poduszką. Absolutna perełka!


"Jak nakarmić dyktatora" Witold Szabłowski
Wyd. W.A.B

Ta książka jest żywym obrazem tego, co znaczy zwrot "od kuchni".
Jak wiele można dowiedzieć się o człowieku, dla którego się gotuje? Ile mówią o nim kulinarne preferencje, jak bardzo potrafi odkryć się przed swoim kucharzem, pokazać swoje humory?
Kucharz osobisty, to nie jest zwykła osoba, a szczególnie jeśli taki kucharz gotuje dla największych dyktatorów naszych czasów.
Książka jest zapisem rozmów z kucharzami osobistymi Fidela Castro, Pol Pota, Envera Hodży, Saddama Husajna, Idi Amina.
Powiedzieć, że nie jest to książka ilustrująca jedynie gusta kulinarne, to nie powiedzieć nic.
Oczywiście, jest również o tym.
Zamiarem autora było jednak wyciągnięcie szczegółów ukrytych między talerzami, między spojrzeniami, rzeczami, które wiedzą tylko te szare eminencje, często prości, niepiśmienni ludzie, gotujący dla innych zdarza się niemalże niepiśmiennych ludzi, którzy tak się składa mają władzę i wykorzystują ja w sposób bezwzględny. Witold Szabłowski, wytrawny dziennikarz i pisarz, prowadzi nas w miejsca, do ludzi, w historie, które odsłaniają kulisy polityki, o twarzach zwykłych ludzi, impakt, jaki ma na całe rodziny, narody.
Niesamowita książka, polecam gorąco!








"Sztuka gotowania" Niki Segnit
Wyd. Buchmann

Niki Segnit jest autorką kultowego "The Flavor Thesaurus", książki która okazała się być pozycją przełomową w świecie kulinarnym. Pozycja, która jak w kalejdoskopie, pokazuje i analizuje związki smakowe między setkami produktów spożywczych, często pozornie nie pasującymi do siebie, dając wskazówki do ich łączenia.
Po wielu latach Niki wraca ze "Sztuką gotowania", która jest grubą knigą, pokuszę się nazwać ją podręcznikiem,  dzięki skrupulatnej i czytelnej klasyfikacji.
Książka podzielona jest na następujące działy:
pieczywo/ chleb kukurydziany, polenta i gnocchi/ luźne ciasto/ zasmażka/ wywary, zupy i potrawki/ orzechy/ ciasta i ciasteczka/ czekolada/ cukier/ custard/ sosy/ gęste ciasto

W każdym dziale znajdziemy przeróżne dania podstawowe, w swojej kategorii, oraz ich modyfikacje pod nazwą "urozmaicenia" oraz "smaki i odmiany", dzięki nim przepisy zyskują elastyczność, dają pole do eksperymentowania na podstawie przepisu bazowego, pozwalając na wiele różnych, niemalże nieskończonych, możliwości w zależności od zawartości lodówki, pory roku, oraz aktualnego apetytu. Czyli gotowanie instynktowne i intuicyjne, podparte bazowym przepisem.
Np. podstawowy przepis na chleb drożdżowy, z które można zrobić pizzę, bajgle, focaccię.
Co można do ciasta chlebowego dodać? Np. przecier jabłkowy, z ciasta zrobić bułeczki/ dodać kminek/ zamienić białą mąkę na razową/ wodę zastąpić cydrem, piwem, sokiem jabłkowym itd.
Przepisy i dywagacje, przeplatane są osobistymi historyjkami i anegdotami, co zawsze sobie cenię, gdyż lubię w książkach kucharskich czynnik ludzki, lubię wiedzieć z kim mam do czynienia, kto za daną publikacją stoi. To solidna porcja wiedzy, która powinna znaleźć się na półce każdego, kto lubi gotować, eksperymentować, chce uczyć się o gotowaniu, a jednocześnie potrzebuje przepisów żelaznych, sprawdzonych, które pozwolą w kuchni na zabawę i spontaniczność.






"Polowanie na grzyby" Zofia Leszczyńska - Niziołek
Wyd. Buchmann

Uwielbiam grzyby, wszystkie, nasze leśne, egzotyczne, każde.
Nie wyobrażam sobie bez nich mojej kuchni.
Grzyby są tak niesamowite, pod wieloma względami, również zupełnie niekulinarnymi.
Jeśli chodzi o zbieranie i rozróżnianie to kiepsko z tym u mnie, ale bardzo chciałabym się nauczyć i ta książka z pewnością będzie dobrym ku temu początkiem.
Przejrzysty układ książki, przegląd grzybów wszelakich, od najoczywistszych, po te mniej znane.
Jak, gdzie i kiedy zbierać, na co zwracać uwagę, kalendarz grzybobrań i różne inne przydatne wskazówki. Bardzo lubię takie publikacje, książki o grzybobraniu i mykologii.
Na sam widok aż czuję zapach świeżo zebranych grzybów, wilgoci leśnej, mchu igliwia, najpiękniejszy.



* * *




"Wege" Jamie Oliver
Wyd. Insignis


Podobno książka ta powstała już osiemnaście lat temu, lecz z różnych przyczyn nie doczekała się  publikacji.
Jamie w końcu odpowiedział, na zapotrzebowanie lwiej części swoich czytelników, by stworzyć książkę opartą w większości na roślinach i oto jest.
Chciałam od razu zaznaczyć, że nie jest to książka o kuchni wegańskiej, są tu jajka, sery, jogurt, ale poza tym ogromna ilość dań w których warzywa wszelakie grają pierwsze skrzypce.
Jak to u Jamiego, wszystko kolorowe, wibrujące, eklektyczne, domowe i przepyszne.
Przykładowe dania: strogonow grzybowy, kalafiorowa tikka masala, gumbo, tajski bulion z grzybami i tofu, tarta z karmelizowaną cebulą, pierożki z warzywami, aromatyczna zupa z makaronem ryżowym, kanapka grzybowa, słodko - kwaśny stri - fry, risotto grzybowe,carbonara z porem, wegańskie lazanie, chrupiące marchewki po marokańsku.
Idealny prezent dla miłośników kuchni Jamiego, prostej i zawsze się udającej.



"Portugalia do zjedzenia" Bartek Kieżun
Wyd. Buchmann

Po ogromnym sukcesie "Italii do zjedzenia" Bartek Kieżun zabiera nas w podróż do Portugalii.
Portugalii jakiej próżno szukać w przewodnikach, do małych miasteczek i tych ogromnej sławy, zadeptanej przez turystów, do sklepików, kościołów, z dala od utartych szlaków. Pokazując nie tylko lokalne dania, ale i architekturę, pisze o historii dań i regionu. To coś dużo więcej niż książka kucharska, to przygoda, ekscytacja, niemalże odbyta w te miejsca podróż. Uczta dla ducha i ciała. Polecam!




"Kuchnia Iwaszkiewiczów. Przepisy i anegdoty" Maria Iwaszkiewicz
Wyd. Znak

Córka Jarosława Iwaszkiewicza, Maria, napisała książkę o życiu rodzinnym, z kuchnią w tle.
Kuchnią, która miała niemałe znaczenie, ludźmi którzy tę kuchnię i dom (a nawet domy) tworzyli.

"Najdawniejsze moje wspomnienie to kuchnia w naszym warszawskim mieszkaniu, na Górnosląskiej(...)Typowa warszawska kuchnia w jednym z typowych warszawskich mieszkań. Rozkład ich był na ogół identyczny. Ciemny stołowy pokój ze skośnym balkonikiem na podwórze (...)W kuchni - odkąd pamiętam - rezyodowała Pawłowa, kucharka. Pochodziła z Suchedniowa. Pawłowa była u nas w rodzinie przez trzydzieści lat. Początkowo gotowała świetnie, później na starość nie chciała za nic pewnych potraw przyrządzać. Niezbitym argumentem było "nie bedom jedli"
 (...)Na lato jeździliśmy do Podkowy Leśnej.
W starej drewnianej willi urzędowała w kuchni złośnica Wikcia.
Podobno jedyną potrawą jaką umiała robić były mielone (wtedy mówiło się siekane) kotlety cielęce. To zresztą nie jest takie łątwe, dobre kotlety zdarzają się rzadko.
W 1928 roku przenieśliśmy się z Warszawy do Podkowy na stałe.
Tam kuchnia była o wiele dostępniejsza i ciekawsza. Duża, jasna, przychodziło do niej mnóstwo ludzi wprost z ogrodu. Pawłowa przeprowadziła się z nami i dalej rządziła w kuchni(...). Miała ukochanego koguta, który nie sypiał w kurniku, tylko na słomiance przed drzwiami."


Książka jest przepełniona wspomnieniami, anegdotkami z życia rodzinnego i oczywiście ulubionymi przepisami. Jako smaczek dodam, że będąc dzieckiem, byłam na wycieczce szkolnej w domu Iwaszkiewiczów, w Stawisku, k. Podkowy Leśnej, jako że mieszkałam rzut beretem stamtąd i wycieczki takie odbywała wtedy obowiązkowo każda klasa.










2019/08/19

Trzy ważne książki, które powienien przeczytać każdy...kto ma ciało.





Lektury, które Wam tu przedstawiam, są to książki, które wywarły na mnie ogromny wpływ, bogate w dawkę wiedzy, którą mam na celu przekazać jak największej ilości osób. Jest to wiedza jeszcze niezbyt szeroko popularna w tzw "mainstreamie", choć zaczyna się silnie przebijać, jest poparta dowodami naukowymi, często zaskakująca, szokująca, lecz przede wszystkim fascynująca.
Tak jak my sami, nasz organizm, ciało i wszystkie procesy, które zachodzą w nas w każdej sekundzie życia. Są to książki, które warte są wydania absolutnie każdej i nawet ostatniej złotówki, gdyż to czego się z nich dowiecie, jest cenniejsze niż pieniądze i będzie procentować przez całe życie, dla Was, Waszych bliskich, będzie motorem do rozwoju. To nasza instrukcja obsługi, praktyczny poradnik użytkownika ciała i umysłu, po której lekturze wiele się zmieni, otworzy się ciekawe okienko do przemyśleń, czasem nawet rozważań filozoficznych.

Kiedy kilka lat temu przeczytałam "Historię wewnętrzną" naiwnie myślałam, że nic już w kwestii jelit i mikrobiomu mnie nie zaskoczy, kiedy to jakiś rok temu trafiłam na książkę "Cicha władza mikrobów", która owo pole poszerzała o wiedzę na temat mikrobioty, czyli flory bakteryjnej całego ciała. Ta książka rozpoczyna się jak powieść przygodowo - kryminalna i trzyma w napięciu do samego końca, po prostu nie chce się wypuścić jej z rąk. Obszerna wiedza jaka jest w niej zawarta dalece wykracza poza ramy pojęcia mikrobioty - mamy tam historię epidemiologi i bakteriologii, historię chorób XXI w., rozszerzenie wiedzy o jelitach, które to odkrywają coraz większą rolę w badaniach nad stanem naszego zdrowia.  Czy wiecie, że pożyteczne mikroorganizmy znajdują się prawie w każdym zakątku naszego ciała, inne w kąciakach ust, inne na języku, inne w pępku i na karku czy między placami stóp, i że są niewykle wyspecjalizowane niczym inżynierzy? I że bez nich praktycznie nie potrafimy funkcjonować?
Jakie mikroorganizmy biorą udział w porodzie naturalnym i jak wpływa na nie poród przez cięcie cesarskie, na dziecko i na matkę, w bardzo szerokim spektrum. Kiedy odkryto istnienie bakterii i ich przenoszenia? W jaki sposób dbać o mikrobiotę, nasz "złoty płaszcz ochronny", co ją uszkadza a co wzmacnia. Czy największe współczesne choroby cywilizaycjne połączone są z jakością mikrobioty, jeśli tak, w jaki sposób? Czy wiesz co antybiotyki mają wspólnego z tyciem i jakie inne czynniki na tycie wpływają, jak nasze sylwetki zmieniły się na przełomie ostatnich dwóch- trzech dekad i dlaczego? Jakie długotrwałe spektrum działania (oprócz leczniczego) posiadają antybiotyki? Czym karmią się dobre i złe bakterie jelitowe i jak to wpływa na nas? Prebiotyki, probiotyki - jakie paliwo dla naszych jelit?  Co to jest transplantacja flory jelitowej i czemu to służy? W jaki sposób zjadanie żywych bakterii może człowieka czynić szczęśliwszym? To tylko ułamek zagadnień jaki porusza ta arcyciekawa książka i uważam, że tak (jak i "Historia wewnętrzna") książka ta powinna być na liście lektur szkolnych. Z pewnością czytana byłaby łapczywie i z wielkim zainteresowaniem, przynosząc długofalowe korzyści, dużo ważniejsze niż znajomość budowy pantofelka.

Kolejna pozycja to książka "LEK", którą dostałam od koleżanki ze słowami, które luźno parafrazując brzmiały "ta książka to petarda, która wyrwie Cię z butów".
I nie myliła się, tylko nie wiedziałam, że to będzie aż taka bomba. Przeleżała swoje, bo jakoś nie mogłam się do niej zabrać, to gruba cegła o temacie dość kontrowersyjnym, często wyśmiewanym czy bagatelizowanym przez środowiska lekarskie, naukowe. A tutaj moimi szanowni Państwo, niespodzianka. Gdyż pozycja ta to udokumentowane, pond dwudziestoletnie, badania naukowe na temat placebo i to pod każdym kątem jaki można sobie tylko wyobrazić.
To nie tylko ta oklepana już "ślepa" tabletka, to potęga słowa, czynu, emocji, empatii. I to taka, że trzeba oczy ze zdumienia przecierać, bo pomimo świadomości, iż są to naukowe  b a d a n i a,  a nie domniemania, naprawdę czasem trudno uwierzyć, do czego zdolny jest ludzki umysł w zarządzaniu ciałem. Książka zbudowana jest na zasadzie gradacji doświadczeń - zaczyna się od przypadków najbardziej lekkich do przyswojenia, by w miarę dalszej lektury, przytaczać doświadczenia o jakich mi się nie śniło. Nasze ciało jest naprawdę zdolne, w wielu aspektach, do samonaprawy, wiele siedzi tylko w naszej głowie i od niej zależy, tylko jak ten przycisk wyzwolić by mogło się to wydarzyć, a jak, wszystkiego dowiecie się z tej książki. To lektura niezwykła, którą czasem trzeba przerwać by sobie to wszystko dobrze przyswoić, ułożyć. Na zachętę podam przykład z badań nad placebo w leczeniu choroby wysokościowej, które przeprowadzano w górach, na wysokości 3,5 tyś. km, w małym ośrodka badawczym we włoskich Alpach. "Chorobę wysokościową powoduje niedobór tlenu, im wyżej się swpinamy, to choć procentowa zawartość tlenu się nie zmienia, powietrze staje się rzadsze, przez co z każdym oddechem do naszych płuc trafia mniejsza ilość tlenu. Niedobór tlenu powoduje takie objawy jak nudności, zawroty i bóle głowy. Narciarzom udającym się na płaskowyż Rosa zaleca się aklimatyzację poprzez rozciągnięcie w czasie podróży na górę, na przykład rozłożenie jej na dwa dni. Ponieważ jednak Benedettiemu zależy na wykorzystaniu w sposób maksymalny wpływu wysokości na organizm człowieka, Davide przybył tu z położonego mniej więcej na poziomie morza Turynu w zaledwie trzy godziny. Davide zostaje podłączony do maseczki z tlenem, monitory urządzeń do których jest podłączony, pokazują, że jego krew powoli  wysyca się tlenem. Prowadzący badania nie zdradza jednak, że maseczka do niczego nie jest podłączona, a zbiorniczek jest pusty, Davide oddycha fałszywym tlenem". I to jest przykład działania placebo z tych najlżejszego kalibru, jaki znajduje się w tej książce, potem robi się coraz ciekawiej...


Ostatnia pozycja, to książka "Holistyczne ścieżki zdrowia", która dużo mi usystematyzowała, z wiedzy, którą już posiadam oraz wiele nauczyła. Ale może to dziwnie zabrzmi, poruszyła mnie i wzruszyła. Również, a może przede wszystkim, ze względu na ogromną dawkę humanizmu i takiej jasnej energii. Książka jest zapisem rozmów, które przeprowadziła Orina Krajewska (córka zmarłej na nowotwór Małgorzaty Braunek) z osobami przeróżnych specjalności, sław i autorytetów w swojej dziedzinie, a to co ich wszystkich łączy to próba odpowiedzi na pytanie - jak nas leczyć, jak dbać by zachować witalność i zdrowie, co i dlaczego jeść, jak udźwignąć psychicznie fakt poważnej choroby i często długiej walki z nią, jak zapobiegać chorobom, jak dbać o siebie holistycznie, o ciało, umysł, serce i duszę, bo ciało to tylko część nas, a umysł, mocje, uczucia, to ważna część tego procesu. To również arcyciekawe badania naukowe, kobitki czy wiedziałyście np. że utrzymanie prawidłowego poziomu selenu we krwi obniża ryzyko raka piersi o dwa-trzy razy? A dla raków pozasutkowych selen obniża to ryzyko o kilkadziesiat razy?
Ta książka jest czułym peanem na cześć dobrostanu człowieka, widzę w niej wielką dbałość by przekazać wiedzę w pigułce, w niezwykle szerokim spektrum, wiedzy osób wybitnych w swoich dziedzinach, z różnych środowisk naukowych i nie tylko, która to wiedza, uwaga, nie wyklucza się wzajemnie, ale w całości pracuje na naszą korzyść. Każdą z tych osób cechuje brak egoizmu, który to egoizm często wyklucza inne metody na rzecz tej jedynie słusznej, w imię zasady, że próbujmy wszystkiego by ratować życie i zdrowie,. Zacytuję na koniec  prof. dr hab. Jana Lubińskiego, jednego z najwynitniejszych genetyków onkologów
"Zakładam, że istnieją rzeczy niewytłumaczalne, poddaję się temu, ale jestem w stanie funkcjonować w częśći wytumaczalnej dla człowieka i jego racjonalnego umysłu"
 "To, że istnieją cuda, dla wielu osób może być krzepiące, prawda?"
"Tak, wiara czyni cuda"
"Naprawdę pan w to wierzy?"
"Widzę, że tak jest Jest tyle rzeczy niewytłumaczalnych, to nawet nie jest wiara, to wiedza. Myślę, że zwykła pokora i skromność człowieka narzucają takie podejście"

Ta książka to ewenement na skalę światową, takiej książki jeszcze na naszym rynku nie widziałam, to pozycja do której się wraca, studiuje ponownie.
Podam listę rozmówców, dodając tylko, że na końcu każdej z rozmów podana jest lista książek, które każdy z nich poleca, jako wartościowe rozwinięcie wywiadu, badania, praktykę ćwiczeń czy przepis.

Wprowadzenie do medycyny integralnej - rozmowa z lek. med. Elżbietą Dudzińską
Rola odżywiania, makrobiotyka na talerzu - rozmowa z Kornelią Westergaard
Potęga aktywności fizycznej - rozmowa z prof. Hiroakim Tanaką
Gdzie leży przyczyna? - rozmowa z dr. Preeti Agrawal
Medycyna konwencjonalna i medycyna alternatywna - rozmowa z Wojciechem Eichelbergerem
Moc wewnętrznych komunikatów - rozmowa z Levaną Marshal
Cancer coaching czyli podręczny zestaw samopomocy - rozmowa z Anną Borzeszkowską
Geny i ich wpływ na nasze życie - rozmowa z prof. Janem Lubińskim
Tradycyjna medycyna chińska - rozmowa z prof. Li Jie
Historia zielarstwa, najważniejsze zioła zdrowotne - rozmowa z Franciszkiem Rucińskim
Medytacja i podróż w głąb siebie, zdrowie na poziomie duchowym - rozmowa z Andrzejem Krajewskim
Psychologia i duchowość - druga rozmowa z Wojciechem Eichelbergerem





Jeśli wciąż zadajesz sobie pytanie "czy te książki są dla mnie, czy mnie zainteresują?" odpowiedź brzmi "jeśli posiadasz ciało, to TAK!". Są to również wspaniałe pomysły na podarunek, te książki to wyjątkowe perełki!

2018/05/29

Dwie ważne książki, które każdy powinien przeczytać.

Od kilku lat, mam wrażenie, książki o tym co, jak powinniśmy jeść, jakimi zasadami kierować się dbając o swoje organizmy, napędzane są raczej modą i marketingiem niż zdrowym rozsądkiem i faktyczną wiedzą o tym jak funkcjonujemy my, nasze wnętrze i jaki efekt mają na nas poszczególne diety czy style odżywiania.
Czytam wiele publikacji w tematyce fizjologii, zdrowego odżywiania, psychologii jedzenia, porównuję, wyciągam wnioski, finalnie wiele z nich nie trafia tutaj, jako niewnoszące nic na tyle wartościowego by polecać je jako inwestycję w domową biblioteczkę.
Dzisiaj jednak chciałam przedstawić Wam dwie pozycje, które uważam za fundamentalne, kamienie milowe, niezwykle wartościowie merytorycznie, i zwyczajnie, ważne dla nas publikacje.
Powiedziałbym, że są to jedne z najważniejszych książek i umieściłabym je na liście takich, które koniecznie trzeba w życiu przeczytać.

Diety i mody zmieniają się, co rusz słyszymy, że to jest dobre, potem że szkodliwe, a potem znów dobre. A my jako organizmy, zbudowane i działające wciąż tak samo, potrzebujemy jakiegoś solidnego, popartego żelaznymi faktami, przewodnika, po...nas samych.
Kilka lat temu natknęłam się na fascynujący artykuł, z którego wynikało iż najnowsze badania wskazują iż ok. 80%% serotoniny (hormonu szczęścia), nie jest produkowane jak nam się wcześniej wydawało w mózgu...a w jelitach.
Tak, dobrze słyszycie, w jelitach.
Badania te były częścią badań nad przebiegiem i leczeniem depresji i ich wyniki były zaskakujące oraz przełomowe. Zachwycamy się naszym mózgiem, sercem, badamy pamięć, co jest oczywiście fascynujące, ale to co potrafią nasze jelita, wprawia w zdumienie.
Niesamowicie mnie to zaintrygowało, zaczęłam więc kopać dalej.
Wkrótce zaczęły też pojawiać się publikacje po polsku (ciekawy artykuł na stronie Instytutu Mikroekologii w Poznaniu "Od jelit do depresji"), temat bakterii jelitowych zaczął zataczać coraz szersze kręgi, aż w końcu trafiłam na genialną, napisaną prostym i przystępnym językiem, przez naukowca - doktorantkę mikrobiologii lekarskiej, Julię Enders książkę "Historia wewnętrzna. Jelita najbardziej fascynujący organ naszego ciała".

Pochłonęła mnie ona doszczętnie.
W życiu całym nie czytałam bardziej precyzyjnej, naukowej, książki o organizmie ludzkim napisanej z taką swadą, poczuciem humoru, że aż nie chce się by się skończyła.
Książka ta powinna być lekturą obowiązkową na lekcjach biologii w liceum, ale jestem pewna, że nikt nie czułby się przymuszony i znudzony czytając ją. Gdybym teraz była w szkole średniej, czytałabym ją po kryjomu, zachłannie, pod ławką, na nudnych zajęciach, chętnie pisałabym z niej kartkówki, a jeszcze chętniej dyskutowała o tym co jest w niej napisane. I szczerze żałuję, że takiej precyzyjnie, lekko, śmiesznie, ale z niezbicie naukowym podłożem, wyłuszczonej wiedzy nie było na moich lekcjach biologii.
Książka ta powinna znaleźć się w każdym domu, jako kompendium wiedzy o tym obszarze naszego ciała, który ma tak ogromne znaczenie dla naszego zdrowia, o jakie w ogóle byśmy go nie podejrzewali.
To nasza hudraulika. A wiecie co się dzieje, kiedy hydraulika w domu szwankuje? Jeśli coś gdzieś przecieka? ("leaky gut syndrome") albo się zatka.
Jesteśmy niesamowicie precyzyjną konstrukcją, każdy aspekt, funkcja, część, działanie jelit i ich "komunikowanie  się" i współdziałanie z innymi systemami i organami, jest arcydziełem.
Temat "gut bacteria" "gut diet food", to temat od jakiegoś czasu gorący i publikacje o nim pojawiają się jak grzyby po deszczu. Wspomnę tylko pokrótce, że to co nasze jelita kochają, co buduje odporność i wzmacnia ich mikroflorę, to to co znamy bardzo dobrze:
prawdziwy, uczciwy chleb na zakwasie (bez żadnych dodatków, spulchniaczy, przyspieszczy itp),
  więc to o czym trąbię od lat - ludzie pieczta własny chleb na zakwasie! Nie ma nic lepszego. 

kiszonki (to co kochamy i znamy od stuleci, ogórki kiszone, kiszona kapusta itd),
zakwasy warzywne (z buraków, sok z kiszonej kapusty, sok z kiszonych ogórków itp.)
wszelkie produkty naturalnej fermentacji (pasta miso, kefir,, "żywy" jogurt, kimchi).

W "Historii wewnętrzej" z niezwykłą skrupulatnością prowadzeni jesteśmy od samego początku, zaczynając od ust, wyjaśnienia właściwości śliny i skąd ona się bierze (nie zgadniecie, chyba, że wiecie), przechodząc do przełyku, żołądka  (cały transport jedzenia) aż do jelit.
Dowiemy się co to jest "mózg trzewny", czym i jak zarządza.
Zrozumiemy czemu jelita, żołądek mają taki wpływ na nasz stan emocjonalny (stres przed maturą, poważną rozmową, kłopoty żołądkowo-jelitowe wywołane silnymi przeżyciami? kojarzycie objawy im towarzyszące, nierozerwalnie powiązane z emocjami?)
Niesamowicie fascynujący jest rozdział pt. "Czemu wymiotujemy", pokazujący jak genialnie jesteśmy skonstruowani, by być samonaprawialni i jakie przemyślne mamy systemy zabezpieczające.
Jeszcze słóweczko o czymś co do niedawna było wstydliwym tematem, a jest kamieniem milowym naszego zdrowia, w książce przeczytacie o tym na str. 22, ja wpadłam kilka lat temu na ten artykuł ilustrujący jak działa ten prosty mechanizm.
Jak ważne są nasze jelita, od stuleci wie medycyna wschodu. Kiedy wybierzecie się na wizytę do lekarza medycyny chińskiej pierwsze pytanie jakie usłyszycie, to  nie "co pani/panu dolega?" ale szczegółowo zapyta o funkcjonowanie przemiany materii. Doprawdy nie bez powodu.
I jak się tak na spokojnie zastanowimy, to okazuje się, że to jak funkcjonujemy "tam w środku", od wieków było aspektem ważnym, tylko wiedza ta była niezbyt precyzyjnie rozwinięta, przekazywana raczej szeptem, jako temat wstydliwy. Nie wstydzimy się dbania o swoją skórę, robienia peelingu ciała, balsamowania, podkreślania urody cery  makijażem czy zabiegami medycyny estetycznej...nie wstydźmy się więc dbania o siebie wewnętrznie, o ten ogromny (również metrażowo) aspekt naszego zdrowia. Bo wiecie co? Stan naszej cery jest również odzwierciedleniem stanu naszych jelit.
Chciałam jeszcze dodać iż jestem przeszczęśliwa, że w końcu, w końcu po latach publikacji, które traktują nas powierzchownie nastąpiła moda na takie lektury.
Na wskroś potrzebne i jedynie słuszne jeśli chodzi o drogę do prawdziwego dbania o siebie - zaczyna się od poznania budowy, mechanizmów, funkcji organów jakie nami zarządzają dając realne narzędzia do zarządzania swoim zdrowiem.
Książkę czyta się niby fascynującą powieść, której bohatera znamy - to my sami - co chwila mrucząc pod nosem z niedowierzania i zdumienia. Bo jesteśm, w rzeczy samej, fascynującym "urządzeniem".
Gwarantuję, że przy tej lekturze nie będziecie się nudzić, dostając przy tym ogromną dawkę wiedzy. Ta książka to perełka!
 
                                  

Druga książka, którą chcę dziś polecić Waszej uwadze, to książka, która mówiąc kolokwialnie, wyrwała mnie z butów.
Pozostawiła oniemiałą, a jednocześnie sprawiła, że wiele klocków, które gdzieś fruwały w mojej głowie, wskoczyło na swoje miejsce. Ta książka to "Nowoczesne zasady odżywiania".
Jej autorem jest lekarz medycyny konwencjonalnej dr T. Colin Campbell.
Wychował się na farmie mleczno - mięsnej, prowadzoną przez rodziców.
Większość swojego życia (teraz ma 84 lata), jak sam pisze, praktykował tradycyjną dietę amerykańską, mleczno - mięsną.
Na początku swojej kariery zajmował się badaniami nad dioksynami (którą pomógł odkryć i wyizolować) i aflatoksynami, następnie zajął się koordynacją działań w projekcie na rzecz niedożywionych dzieci na Filipinach. Celem projektu było znalezienie powodu dla którego wśród tamtejszych dzieci jest tak wysokie zachorowanie na na raka wątroby. Uważano, że przyczyną są aflatoksyny obecne w orzechach ziemnych i przez dziesięć lat celem projektu było również zmniejszenie niedożywienia wśród filipińskich dzieci.
W trakcie tego projektu, którego głównym celem i założeniem było twierdzenie, że niedożywienie bierze się z niedoboru białka. Jakimż zaskoczeniem było dla dr Campbella, gdy odkrył, że dieta tych dzieci zawierających najwięcej białka, to grupa dzieci które najczęściej zapadały na raka wątroby. Były to dzieci z najzamożniejszych rodzin.
Od tego momentu nastąpił efekt kuli śnieżnej, Campbell zaczął szukać badań na temat ilości (i rodzaju) spożywanego białka i występowania nowotworów i to obrał jako rdzeń swoich długoletnich badań. Badań które trwały ponad dwadzieścia lat i obejmowały dziesiątki tysięcy pacjentów.
Nie chcę zdradzać wszystkiego, bo to jak zdradzić zakończenie powieści kryminalnej, komuś kto dopiero czyta jej recenzję.
Chcę tylko wspomnieć o istocie tej książki, tezie (już udowodnionej), że niektóre rodzaje nowotworów oraz tzw. chorób cywilizacyjnych możemy włączyć i wyłączyć,  d i e t ą , tak jak jak "pstryczkiem" włączamy światło.
Brzmi kosmicznie, prawda? No ale jak to? Można przez odpowiednią dietę zatrzymać nowotwór, a potem ponownie uaktywnić go powracając do starych nawyków żywieniowych?
Głowa mi huczała i dymiła i powiem Wam, że od tego momentu, to już książki nie wypuszcza się z rąk. Bo badania niezbicie dowodzą, że tak właśnie jest.
Niesamowita jest historia grupy badawczej, kiedy Campbell dostał pacjentów tzw. bez szansy, po trzech operacjach bajpasów, z cukrzycą tak zaawansowaną i insulinozależną, że żaden lekarz już nie chciał ich tknąć jako przypadki beznadziejne i czekające na...na koniec. Opisuje stan zdrowia tych pacjentów po kilku, kilkunastu miesiącach od rozpoczęcia badań, oraz po kilku latach, dzieląc na grupy pacjentów, które trzymały się zaleceń i te, które wróciły do starych nawyków.


To wszystko co tu przytoczyłam to ułamek, niewielki promil tego co znajdziecie w książce.
Usystematyzowane, trwające ponad dwadzieścia lat, niezbite badania, przedstawione w sposób przystępny i wciągający, niesamowite ciekawostki i odkrycia z obszaru nauki, medycyny i dietetyki, w kontekście leczenia - i cofania - najczęstszych chorób cywilizacyjnych. Sztuczki jakie trenują na nas wielkie koncerny farmaceutyczne i spożywcze oraz rząd we współpracy z amerykańskim ministerstwem zdrowia, absurdalny sposób jaki można manipulować badaniami (śmieszne i straszne, ale prawdziwe, nie zdradzę by nie popsuć przyjemności z lektury), za co autorowi dostało się po uszach i przez co często zostawał odsuwany od lukratywnych stanowisk  czy działań hamujacych jego rozwój zawodowy.
Na koniec anegdota, choć prawdziwa.
Podczas rozmowy autora książki z jednym z kardiochirurgów, pyta on go czemu pacjentom z chorobami serca, przed czy po bajpasach (a oboje wiedzą, że organizm ludzki ma swoją wytrzymałość i jest taki moment, że nie można już założyć kolejnych bajpasów i po prostu czeka się na śmierć, bo leki i zabiegi chirurgiczne już nie działają, dlaczego?  jest to świetnie w książce wyjaśnione) nie proponuje zmiany diety, na dietę roślinną, co jest udowodnionym ratunkiem i przedłużeniem życia?
Kardiochirurg spojrzał na niego i powiedział "chcesz mi powiedzieć, że wszystko czego się uczyłem jako chirurg i każda operacja założenia bajpasów, za którą dostaję kilkadziesiąt tysięcy dolarów jest niepotrzebna bo wystarczy jedzenie brokułów?" Takich smaczków jest więcej, Cambell obnaża mechanizmy, jakie działają podczas tworzenia tzw. "piramidy żywienia", tworzenia szkolnych programów żywieniowo-edukacyjnych dla dzieci, pokazuje kto i jak tworzy nawyki żywieniowe następnych pokoleń, kto "stoi na straży zdrowia" i kreuje, cóż...mity, które mają dalekosiężne konsekwencje. Rządowa fundacja do walki z rakiem piersi, która na swojej stronie promuje produkty powodujące raka piersi, jak się okazuje po dogłębniejszym kopaniu...jest sponsorowana przez konglomeraty produkujące i promujące właśnie te produkty powodujące nowotwory.
Absurd? Ano absurd.
Ogromne brawa dla autora, że odważył się o tym wspomnieć i ściągnąć opinii publicznej klapki z oczu, za co był wyrzucany z takich komisji tworzących te piramidy, bo głośno wyrażał swoje oburzenie dla takich praktyk. Może w końcu dostrzeżemy jakim absurdem jest uznanie ketchupu za warzywo i jako takie jeśli występuje na pizzy, to to pizza staje się wedle prawa porcją warzyw jakie dzieci mają do wyboru w szkolnej stołówce, zamiast prawdziwych pomidorów czy sałatki.

Ta książka to, dosłownie, bomba rozsadzająca mity, którymi karmią nas "big pharma" oraz nawyki, teorie utrwalone przez dziesięciolecia przez media, reklamy, korporacje żywnościwoe.
To co jemy jest naszym wyborem, kierujemy się smakiem, intuicją, tradycją, dostępną wiedzą. Wspaniale jeśli jesteśmy zdrowi i nie musimy niczego rewolucjonizować na talerzu, ale niech właśnie będzie to wybór oparty na rzetelnych danych, wiedzmy co możemy zrobić, jeśli chcemy i co ma na nas jaki wpływ. Jak to mówią wiedza to potęga, a jak się okazuje, wiedza to też lekarstwo.

Tym podsumowaniem zakończę i dodam jeszcze, że na podstawie książki powstał film dokumentalny do obejrzenia na Netflix'ie ("Forks over knives"), ale z góry uprzedzam, że jest to telegraficzny skrót, pozbawiony większości fascynującej strony badań i doświadczeń oraz wszystkich smaczków, opowieści i ciekawostek jakie czynią tę książkę niezwykłą i kompletną. Jednak ciekawy, dynamiczny, świetnie skonstruowany, jako wizualny dodatek do książki, zrealizowany w lekkiej i zwięzłej konwencji.

W okresie Bożego Narodzenia dostaję mnóstwo pytań o to jakie ciekawe książki kupić pod choinkę.
Te dwie pozycje polecam bardzo, bardzo gorąco.




2016/12/10

Książki na grudzień, cz. 2



Kiedy kilkanaście lat temu nikomu wtedy nieznany Scott Schumann, kupił aparat fotograficzny, kiedy nie pracując, będąc w domu, zajmował się swoimi córkami, by przy okazji spacerów z nimi, fotografować.
Scott mieszka w Nowym Jorku, więc materiału do zdjęć mu nie brakowało.
Jako, że wcześniej pracował w branży związanej z modą, krawiectwem, fotografował ludzi, którzy w jego odczuciu, byli dobrze ubrani. Przekrój tych sylwetek jest niesamowity. Jak niesamowita jest moda uliczna, która nie kieruje się konkretnym kodem, czy tym co wyznaczają trendy mody, projektanci czy magazyny.
Moda uliczna to tygiel, niebezpieczna, ekscentryczna, fascynująca mieszanka, . Nie jest sztucznie przeestetyzowana, choć czasem tak to możemy odbierać, ale to po prostu Nowy Jork czy Mediolan, tam poczucie estetyki, sposób ubierania się, jest jak tlen. Dla mnie jak powiew świeżego powietrza i ogromna inspiracja.
Bo jak powiedział Bill Cunningham "The best fashion show is definitely on the street. Always has been, and always will be".
Kiedy  końcu styl i praca Scott'a zostały zauważone (ba, powstał istny szał na jego punkcie) jego fotografie pojawiły się w Vogue, GQ, zaczął  brać udział (i tworzyć je) w kampaniach reklamowych m.in. GAP, Kiehl's, Burberry.
Był zapraszany by fotografować największe, najbardziej prestiżowe pokazy i imprezy modowe świata.
Teraz Scott jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych na świecie fotografów mody ulicznej.
Przez te wszystkie lata styl Schumana dojrzał, nie już pokazuje tylko pięknych, ubranych w stroje od projektantów ludzi po pokazach Tygodni Mody, wysmakowanych, kosmopolitycznych stylizacji z ulic Nowego Jorku, Mediolanu, Londynu czy Florencji (był też w Poznaniu!), ani swoich ulubionych fashionistek jak Giovanna Battaglia czy Anna Dello Russo. Ogromną zaletą tego albumu są jego uliczne zdjęcia z Indii, Peru, Dubaju i Południowej Afryki.
Ten pozorny misz masz pokazuje całą naszą złożoność, modowy kod kulturowy, który czasem zaciera granice, ale często bardzo mocno akcentuje konkretną przynależność. Ogromnie podoba mi się to, że nie ucieka od starości, zwyczajności, brzydoty. Która, moim zdaniem, też jest kwestią do dyskusji i należy ten termin traktować umownie.
Bardzo często wracam do tego albumu, za każdym razem zwracając uwagę na coś innego: detal, spojrzenie, kolor, fakturę, gest.
To nie jest album o modzie ulicznej, to zdecydowanie coś więcej.
Gorąco polecam!
 
 




*    *    *    *    *    *








 

"Z początkiem 1991r., otrzymałem list od Louise Haines, z wydawnictwa Michael Joseph, z zapytaniem czy rozważałem napisanie książki. Przeczytała mój tekst, który napisałem dla jednego z magazynów i zastanawiała się czy moglibyśmy się spotkać. Odpowiedziałem, że jestem wdzięczny i, że schlebia mi to, ale czuję, że napisanie książki mnie przerasta. Dwa dni później namówiła mnie na lunch. Posiłek, przy którym narodził się pomysł na moją pierwszą książkę "Real fast food", która została opublikowana jesienią 1992r. Dwadzieścia jeden lat, dziesięć książek kucharskich, wspomnienia, kolekcja esejów i zmiana wydawcy za nami, ona nadal pozostała moim redaktorem. Nie jestem w stanie wyrazić jak bardzo jestem jej wdzięczny..."

Nikt nie pisze o jedzeniu tak jak Nigel Slater.
Poetycko, a jednocześnie bardzo zwyczajnie, namacalnie.
Ależ ten człowiek na talent, dar obserwacji! Pisząc o rzeczach zwyczajnych, jak choćby zakupy, po prostu zagarnia nas w swoją przestrzeń, wchłania nas obłok zapachu gotującej się pysznej potrawy czy ciepłego ciasta. Opis rytuału kupowania przez niego jabłek, jest jednym z moich ulubionych fragmentów, również dlatego, iż mam wrażenie, że wyjął mi te myśli z mojej głowy. Ileż w tym prawdy i po prostu wrażliwości. Wspaniałe! Jego kuchenne zapiski, książka kucharska prowadzona w formie dziennika, prowadzą nas, niemal dzień po dniu,  przez wszystkie pory roku, wizyty na targu, obserwacje przyrody, kuchenne rytuały,  jedno się kończy, drugie zaczyna, coś zostało w lodówce, z tego można by zrobić obiad... To nie jest tylko książka kucharska, te teksty przed wszystkim wspaniale się czyta. Są świetnie skonstruowane, nie jest to gadanie o niczym, i jestem pewna, że gdyby Nigel nie był kucharzem, były po prostu dobrym pisarzem.

Bardzo polecam!





2016/12/01

Lumio & Kooe. Dobre i polskie.



"Nazywam się Anna Błaszczyk, jestem autorką i projektantką LUMIO. Mieszkam i tworzę w Łodzi i to tu, w centrum Europy śnię swój sen o mniej skomplikowanym życiu. Lumio powstało z marzenia by nie dzielić życia na zawodowe i prywatne i by wszystko to co dla mnie ważne mogło spotkać się w jednym miejscu. W mojej pracowni od 2011 powstają nieoczywiste tekstylia i elementy dekoracji wnętrz. Początkowo koncentrowałam się na produkcji autorskich projektów ażurowych dywanów, by w efekcie poszukiwań własnej drogi twórczej powrócić do korzeni. Łączę historię z nowoczesnością. Jestem trzecim pokoleniem związanym z tekstyliami, moja pracownia jest więc kontynuacją rodzinnej tradycji. Dorastałam w atmosferze szacunku dla pracy ludzkich rąk dlatego tak ważne jest dla mnie etyczne podejście do procesu produkcji. Nie miałam wątpliwości podejmując decyzję, że wyroby Lumio będą wytwarzane lokalnie, z użyciem tradycyjnych technik rzemieślniczych. Swoje produkty tworzę z lnu, który zajmuje ważne miejsce w historii polskiego włókiennictwa. Ta niepozorna roślina o niebieskich kwiatkach to mały cud natury. Len jest jednym z najbardziej ekologicznych surowców, od wielu lat jego uprawa i obróbka odbywa się w ten sam niezmieniony i naturalny sposób. Tradycyjny nie znaczy nudny. Dla swoich projektów wybrałam najdelikatniejszą postać lnianej tkaniny – muślin. Już w czasach starożytnych zwiewny, lekko transparentny lniany muślin był synonimem absolutnego luksusu i wyrafinowanego gustu. Tkanina jest niezwykle miękka, lejąca; ma ciekawą teksturę i w niczym nie przypomina lnów jakie znamy. W tkaninie fascynuje mnie jej plastyczność, wielka moc budowania nastroju i przekazywania emocji. – To szara eminencja designu. W swojej pracy często odwołuję się do malarstwa i czerpię z bogactwa jakie ono niesie, a proponowana przeze mnie koncepcja tekstyliów umożliwia tworzenie wyjątkowych obrazów..."

Kiedy raz dotknie się muślinowych lnów z Lumio, jest to miłość od pierwszego wejrzenia.
Tkaniny Anny są niezwykle delikatne (to nie siermiężny, gęsty, nieprzejrzysty, len do jakiego przez lata przywykliśmy),  też bardzo plastyczne, niesamowicie łapią światło, przez co tworzą bardzo malarskie dla oka kompozycje.
Dlatego też stały się ulubionymi akcesoriami foodstylistów, fotografów jedzenia, dekoratorów wnętrz. Cokolwiek nimi nie ozdobisz, działa jak magiczna różdżka, nadaje jakiegoś niewypowiedzianego czaru, jak z obrazów niderlandzkich mistrzów.
Ale są to przede wszystkim bardzo starannie, z wielką dbałością o detal, o jakość, wykonane na najwyższym poziomie rzemieślniczym, tkaniny.
Wszystkie powstają w Polsce, z polskiego lnu, a właścicielka LUMIO, Anna, z którą mam przyjemność czasem korespondować, podchodzi do swoich lnów z wielkimi emocjami, ogromnie zależy jej na jakości, jest wymagająca, chce byśmy my, klienci byli zadowoleni.
Ma mnóstwo pomysłów, oczarował mnie "dżinsowy" len, który mi przesłała do organoleptycznej oceny, czy warto coś z niego robić. Ja czuję, że to będzie sensacja, jest w nim wielki potencjał.
A ja, po cichu czekam (i marzę) na surowy, czarny, sprany len...
Zajrzyjcie na stronę LUMIO, oprócz muślinowych serwet, serwetetek, znajdziecie tam obrusy, bieżniki, zasłony i nowość, narzuty z surowego lnu.
Wszystko wygląda po prostu bajkowo.
 
CERAMIKA KOOE

"KOOE STUDIO to nowoczesne formy tworzone w tradycyjnej technice toczenia na kole garncarskim. Przemyślane przedmioty codziennego użytku powstają z różnych glinianych mas, z klasycznej kamionki, strukturalnego szamotu oraz z delikatnej porcelany. Wysoko wypalana ceramika plus bezpieczne receptury szkliw dają w efekcie oryginalne, w pełni funkcjonalne naczynia. Nazwa KOOE powstała od naszych imion, kojarzy się z kołem, a serce naszej marki to właśnie koło garncarskie. Od wielu lat prowadzimy razem pracownie, ale dopiero tworzenie ceramiki użytkowej, daje nam prawdziwą satysfakcję. W ceramice piękne jest to, że człowiek ma możliwość cały czas się rozwijać, tylko musi nieustannie doświadczać, obserwować i niekiedy eksperymentować z materią. Jesteśmy samoukami, nie uważamy siebie za artystów, raczej chcielibyśmy robić dobre rzemiosło. Istotna jest dla nas jakość, chcemy również tworzyć ceramikę jak najbardziej bezpieczną w użytkowaniu, dlatego tak lubimy wysokie wypały i robienie samodzielnie szkliw z poszczególnych składników. Z robieniem szkliw to trochę jak z pieczeniem chleba, można kupić, ale własny, jak w końcu wyjdzie, nie da się porównać. Kochamy jedzenie i mamy głębokie przekonanie, że ceramikę toczoną, świetnie użytkuje się na co dzień"

Jeśli chodzi o ceramikę, to mam dość wysokie wymagania. Widziałam już trochę, gdyż na fali mody ze Skandynawii i Japonii pracownie ceramiczne wyrosły nam jak grzyby po deszczu.
Jest w czym wybierać, każda pracownia ma swój niepodrabialny styl, te rzeczy naprawdę się różnią, widać różne techniki i kierunki. Jedne cieniuteńkie i lekkie jak bibułka, inne mocne, o organicznych, wręcz prymarnych, kształtach.
Dzieła wiodących pracowni, można z reguły obejrzeć w jednym miejscu, gdy odbywa się w Warszawie jakiś kiermasz lub targi, np. Targi Książki czy tematyczne kiermasze organizowane przez Magazyn Usta.
Ja mam tak, że zawsze zanim kupię, muszę dotknąć, zobaczyć, lubię porozmawiać z osobami, które tworzą te przedmioty.
Kiedy podeszłam do stoiska KOOE, po prostu mnie tam wmurowało.
Ich ceramika jest niesamowicie subtelna, ale nie boisz się dotknąć (i używać), bo jest tak delikatna, że obawiasz się, że rozpadnie się pod palcami. Ogromnie podobają mi się faktury i sposoby szkliwienia i dobór barw, który zawsze mnie zachwyca.
Oraz.
Oraz to jak doskonale wykonane są te przedmioty.
To dzieło nie tylko dobrego rzemieślnika, ale i artysty, jakimi z pewnością są przemili właściciele KOOE.

Zajrzyjcie na stronę KOOE.
Jeśli macie pytania czy wątpliwości, jakie szkliwienie wybrać itd., chcecie zamówić specyficzny rozmiar czy kolor talerzy etc., napiszcie, a z pewnością właściciele Wam doradzą.
Albo wybierzcie się na najbliższe Targi Rzeczy Ładnych, kóre odbędą się 3-4 grudnia, w godz. 11-19, w kamienicy Raczyńskich przy Pl. Małachowskiego 2, w Warszawie. KOOE  LUMIO też tam będą.



2015/11/17

Dobre i polskie. Ministerstwo Dobrego Mydła.




Zacznę od tego jak wyglądały moje poszukiwania mydła idealnego.
Nadszedł taki czas kiedy zaczęłam mieć dość drogeryjnych mydeł i żeli pod prysznic, nie mogłam znieść ich sztucznego, chemicznego zapachu. Poprzedzone było to moim wcześniejszym odstawieniem drogeryjnych kosmetyków, przestawieniu moją skórę na naturalne olejki, masło nagietkowe i żel hialuronowy i kilka lat wcześniej rezygnacją z drogeryjnych proszków do prania, płynów do płukania, których agresywny zapach nie dawał mi zasnąć w pościeli i irytował na ubraniach. Do dziś, kiedy np. stoję w kolejce w sklepie, czuję zapach proszku do prania na czyimś ubraniu, jeśli użył go zbyt szczodrze.
Wracając do mydła, zaczęłam więc szukać mydła idealnego.
W irlandzkich sklepach ze zdrową żywnością jest ich spory wybór i czasem nawet trafiłam na coś co mi prawie odpowiadało, ale nie do końca.
Spróbowałam słynnego mydła marsylskiego, oliwkowego i z olejem arganowym, które sprawiało dobre wrażenie tylko na początku i skończyło jako to do mycia rąk.
Ekologiczne mydło z popularnej, drogeryjnej sieciówki miało dość dobry skład, ale nie pokochałam się z jego użytkowaniem.
Następne były ciężkie, lepkie i tępe jak cegła mydła marokańskie i algierskie oliwkowe, z olejem arganowym czy laurynowym, niby w 100% naturalne, ale za ciężkie i coś mi w nich przeszkadzało.

I wtedy trafiłam na Ministerstwo Dobrego Mydła.
Mała manufaktura, założona przez dwie siostry, z Kamienia Pomorskiego, dwie pasjonatki-wariatki na punkcie mydła, mniej więcej tak jak ja na punkcie chleba. Tak o nich myślę, rozwinę tę myśl później.
Mydło rozmarynowe

Na początek zamówiłam peelingujące mydło z ogórkiem, spiruliną i zmielonym koralowcem irlandzkim, marchewkowe i ananasowe. Zastanawiałam się nad rozmarynem, ale zdecydowałam, że chyba nie chcę pachnieć jak pieczeń czy masło rozmarynowe. Tak sobie wtedy pomyślałam.


Od dołu mydła: nagietek, ryż, węgiel, orkisz, marchew i rozmaryn

Przyszła paczka.
Jeszcze przed rozpakowaniem pachniała tak, że miałam ochotę zjeść karton.
Mydła pięknie zapakowane, w ascetyczne opaski i zwykłe, szare torebki z logo firmy. Uwielbiam taki styl.
Zapach obłędny, 100% naturalny, nie nachalny, i co najważniejsze, nie zapalający w nosie czerwonej lampki, czyli jest dobrze!
Przyszedł wieczór i poszłam pod prysznic z mydłem ogórkowym i proszę państwa, stała się rzecz dziwna, jakiej jeszcze nigdy nie doświadczyłam.
Po pierwszym namydleniu, okrzykami zdumienia nad pięknym zapachem, konsystencją piany, nie mogłam się powstrzymać i namydliłam się jeszcze raz, spłukałam i zastanawiałam się w myślach czy namydlenie się trzeci raz to będzie przesada?
To trwało trochę, zanim człowiek się oswoi. A rzeczone mydło rozmarynowe, no cóż, w paczce była próbka tego mydła, tylko spróbowałam i oszalałam. Myłam nim  ręce więcej razy niż powinnam, wąchając dłonie po każdym umyciu, a pod prysznicem piszczałam z radości, nad tym zapachem. Rozmaryn stał się jednym z moich najulubieńszych mydeł.
Proszę się nie martwić, nie mydlę się już trzy razy podczas jednego prysznica, ale jeśli wystąpi u Was ten objaw, to chyba zupełnie naturalne, proszę się nie dziwić.
Za to kiedy rano wchodzę do łazienki, czuję to co lubię: obietnicę subtelnej przyjemności z codziennej toalety, delikatny, lekki, naturalny zapach, tak daleki od sztucznie aromatyzowanych mydeł.

Mydło marchewkowe



Jeszcze o składach.
Mydła są w 100% roślinne, naturalne, pełne najwyższej jakości olejów, ziół.
Przykładowe składy -
Mydło ryżowe: Woda, Zmydlone: Olej palmowy (zrównoważony), Masło kakaowe, Olej kokosowy, Oliwa z oliwek, Olej z otrąb ryżowych, Masło shea, Olej rycynowy, Olej ze słodkich migdałów.
Mydło nagietkowe: Woda, Zmydlone: Olej palmowy (zrównoważony), Masło kakaowe, Oliwa z oliwek, Masło shea, Olej z otrąb ryżowych, , Olej rycynowy, Olej ze słodkich migdałów, Płatki nagietka lekarskiego, olej marchwiowy, wyciąg z nagietka
Mydło marchwiowe: Woda, Zmydlone: Olej kokosowy, Oliwa z oliwek, Olej palmowy (zrównoważony), Olej rycynowy, Olej ze słodkich migdałów, Nierafinowane masło kakaowe, Nierafinowane masło shea, Marchew, Olejek Eteryczny Bergamotkowy, Olejek Eteryczny Ze Słodkiej Pomarańczy, Olejek Eteryczny Litsea Cubeba (May Chang), Citral, Linalool, Limonene (alergeny występujące naturalnie w olejkach eterczynych)
Mydło rozmarynowe:Woda, Zmydlone: Olej kokosowy, Oliwa z oliwek, Olej palmowy (zrównoważony), Olej rycynowy, Olej ze słodkich migdałów, Nierafinowane masło kakaowe, Nierafinowane masło shea, Rozmarynowy Olejek Eteryczny, Błękitna Glinka Kambryjska, Hydratyzowana Zieleń Chromowa (pigment mineralny) * Olej Palmowy z certyfikatem RSPO- olej pozyskiwany z szacunkiem dla ludzi i środowiska

Miałam okazję rozmawiać telefonicznie z siostrami Bieluń i wiem, że traktują swoją pracę jak misję, kochają to co robią i chcą dać produkt najlepszy z możliwych, słuchają uważnie wszystkich uwag, często wychodząc naprzeciw naszym, klientom, oczekiwaniom.
W każdą kostkę upchną tyle dobroci ile się da, od serca, niczym ja w swoje chleby, które kiedyś piekłam na sprzedaż i czuję w nich takie właśnie szaleństwo z miłości, do produktu, który wytwarzają.
A kiedy zdarzy się jakaś pomyłka w zamówieniu, wiadomo, każdy z nas jest tylko człowiekiem, a paczek dużo, to uwierzcie mi przejmą się ogromnie i staną na rzęsach by Wam tę pomyłkę wynagrodzić.

Ministersto Dobrego Mydła to jednak nie tylko mydła.
To również wspaniałe kule kąpielowe, ręcznie robione mydelniczki, musy do ciała, masło shea czy olejki pielęgnacyjne najwyższej jakości.
Jak np. z nasion malin czy śliwkowy, który pachnie jak marcepan i nowy, niedawno wprowadzony do oferty, z orzechów laskowych, który podobno pachnie jak nutella.
I to co mi się ogromnie w siostrach Bieluń podoba, że nie wciskają klientom kitu.
Kiedy czekały  na nową partię olejku śliwkowego, z Francji, i okazało się, że to zupełnie innej jakości olej, nie pachnący tak jak powinien, powiedziały o tym wprost, że na razie olejku śliwkowego nie będzie, nie próbując sprzedać czegoś poniżej poziomu do jakiego przywykły, wciskając nam, że to to samo (jak zdarzyłoby się w wielu firmach, bo przecież zapach to rzecz względna, prawda? a towar, nawet wybrakowany, jakoś trzeba z magazynu wypchnąć)
To jest mistrzostwo w uczciwym podejściu do klienta i zarządzanie na najwyższym poziomie. W moich oczach zyskują bardzo wiele.

Polecam też bardzo ich fanpage na Facebooku. Uwielbiam ich wpisy, auroironię, bezpretensjonalność i poczucie humoru. Mam podobny dystans do siebie, uwielbiam ten rodzaj gry słownej i dialogu z nami, klientami, oraz zakulisowe rodzinno-mydlane historie.

Ministerstwo Dobrego Mydła ma dopiero rok, siostry Bieluń na pewno mają wiele pomysłów w zanadrzu, jestem pewna, że będzie coraz lepiej i jeszcze lepiej i z całego serca życzę im dalszego rozwoju, zawojowania Europy, ba, świata!, pasji i nie przemijającego fioła na punkcie mydła.

Wpis ten dodaję do cyklu "Co pod choinkę", bo każdy, każdy bez wyjątku produkt z Ministerstwa Dobrego Mydła chciałabym dostać pod choinkę. Karton. Wór. Wagon? Tak tylko cicho napomykam, św. Mikołaju...





Ministersto Dobrego Mydła