Z nowym rokiem przyszły pewne zmiany. Kawowe zmiany, które są zaskoczeniem dla mnie samej.
Zawsze uważałam się za "cappuccino girl", czasem zamawiałam macchiato. Ale nigdy nie smakowała mi czarna kawa, to nie dla mnie myślałam.
Kilka razy, w różnych kawiarniach, miałam okazję pić kawę przelewową, parzoną metodami alternatywnymi, jak się je teraz nazywa, ale nigdy nie złapałam bakcyla. Po prostu nie smakowały mi.
Ostatnio jednak zaczęło mnie ciągnąć do czarnej kawy, może to z powodu nowych mieszanek, które zawsze najpierw próbuję saute. Wyczuwałam między nimi ogromne niuanse, które mnie zachwyciły. Postanowiłam spróbować czegoś innego niż espresso. I tak się zaczęło.
Kawa parzona tą metodą jest inna niż z moki czy ekspresu ciśnieniowego, nie jest kremowa i gęsta, ale lekka, przejrzysta i krystaliczna, ma też więcej kofeiny niż ta parzona ciśnieniowo.
Kawa parzona tą metodą jest inna niż z moki czy ekspresu ciśnieniowego, nie jest kremowa i gęsta, ale lekka, przejrzysta i krystaliczna, ma też więcej kofeiny niż ta parzona ciśnieniowo.
Nie jestem specjalistą. Szukam informacji u specjalistów, np. tu oraz pytałam, robiłam notatki i patrzyłam jak robią to w Nomad Coffee, oglądałam filmiki, np ten. Nie mam specjalnej wagi ze stoperem, ani specjalnego czajniczka, ale imbryk z Olkusza też daje radę. Wciąż się uczę, wiem że znaczenie ma temp. wody, oczywiście rodzaj kawy i odpowiednie zmielenie ziaren, są różnice w stosunku ilości kawy do ilości wody ale nawet na tym laickim poziomie, wychodzi mi naprawdę całkiem niezła kawa. Nadal lubię dobre, solidnie zrobione cappuccino, z pięknym latte art, którego sama, nie wykonam w domu, ale przecież jedno nie wyklucza drugiego, prawda?











