Na wstępie chciałam powiedzieć, że nie przepadam za musicalami. Nie jest to po prostu mój ulubiony gatunek.
Myślałam tak, dopóki nie zobaczyłam filmowej wersji musicalu "Mamma Mia", której fabuła zilustrowana jest piosenkami zespołu ABBA. Film wpadł w moje ręce zupełnym przypadkiem, nie byłam przekonana, ale zdecydowałam się go obejrzeć, gdyż gra w nim Meryl Streep, którą uwielbiam i uważam za genialną aktorkę, oglądam każdy, dostępny mi film w którym gra i obejrzałabym ją nawet, gdyby grała karton.
Ale wracając do filmu. Muszę to powiedzieć - cóż za zaskoczenie. Film jest lekki a jego atutem są niestarzejące się i wciąż energetyczne piosenki ABBY, zaśpiewane w nowych aranżacjach, oraz zaangażowanie aktorów. Widać, że oni po prostu świetnie się przy tym bawili (w dodatkach do filmu wszyscy wspominają pracę na planie niezwykle miło, a Pierce Brosnan żałuje, że tak późno zdecydował się na musical). Nie nudziłam się ani przez chwilę. Film opowiada o matce i córce, prowadzących pensjonat na małej greckiej wyspie. Akcja dzieje się w przeddzień ślubu dziewczyny, której matka nie chce wyjawić, kto jest jej ojcem. Ta znalazłszy pamiętnik matki, dowiaduje się z niego, że jest trzech potencjalnych kandydatów na jej ojca, zaprasza więc na swój ślub wszystkich trzech (w tych rolach Colin Firth, Pierce Brosnan oraz Stellan Skarsgård).
Film jest lekki i jak dla mnie ma świetnie zachowaną równowagę między dialogami śpiewanymi a mówionymi, bo trzeba Wam wiedzieć, że większość emocji, sytuacji jest ilustrowana piosenkami ABBY i zadziwiające jest, jak bardzo one tam pasują. Scena, w której Meryl Streep śpiewa nad urwiskiem jest niezwykła, ma się wrażenie, że śpiewa całą sobą. I tak jest, gdyż wszystkie sceny śpiewane, M. Streep śpiewała na żywo, bez playbacku. Całe zaplecze muzyczne i choreograficzne jest niezwykle solidnie przygotowane i to się czuje. Wszystkie piosenki były nagrywane wraz z dwoma współzałożycielami zespołu ABBA oraz dyrektorem muzycznym, który czuwał m.in. nad tym, by aktorzy śpiewali w odpowiedniej tonacji.
Reżyserem filmu jest Phyllida Lloyd, która reżyserowała broadwayowską wersję musicalu, film wydaje się być zagrany jakby od niechcenia, ale w rzeczywistości jest niezwykle dopracowany (polecam obejrzeć materiały zakulisowe i wywiady z aktorami, reżyserem, choreografem i resztą ekipy).
A jeśli to Was nie przekona, to powiem tylko, że warto obejrzeć go choćby dla sceny, w której panowie tańczą (i śpiewają) w tercecie (i już nic więcej nie zdradzę...).
To nie jest ambitne kino, ale idealne na szary, pochmurny dzień, lub wtedy kiedy potrzeba czegoś, co da nam solidną dawkę pozytywnej energii.