Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Filmy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Filmy. Pokaż wszystkie posty

2024/01/31

Jiro śni o sushi


 Minęło kilkanaście lat odkąd oglądałam ten dokument, poczułam że czas go odświeżyć. Pamiętam jaki to był powiew świeżego powietrza, 2011r. ten film wzburzył falę zachwytów, zasłużenie. 

Malutki lokal na stacji metra w Tokio, w którym nawet nie ma toalety, tylko 10 miejsc, 85 letni wtedy Jiro wzbudził sensację w gastronomicznym świecie, zdobywając 3 gwiazdki Michelin dla swojej mini restauracji.

To film o przeogromnej pasji, pokorze i ciągłym doskonaleniu się. Dziś Jiro ma 98 lat, pracuje od 9 roku życia, i wciąż robi sushi w swojej restauracji. Jakiś czas temu odebrano mu gwiazdki Michelin gdyż restauracja została zamknięta dla ogółu, domyślam się, że przyjmują gości tylko na prywatne rezerwacje, które piętrzą się na kilka lat naprzód.

 Ten film jest niezwykły, a David Gelb z jego poetycką i filcharmonijną wizją obrazu, montażu i dźwięku wprowadził nas w świat kulinarny, jakiego tv nie widziała, co 4 lata później zaowocowało pierwszym sezonem Chef’s Table, który notabene wzbudził we mnie wzruszenie, satysfakcję estetyczną, piękno kunsztu kulinarnego na poziomie którego nie znałam.

 Minęło 9 lat więc Chef’s Table warto odświeżyć, przynajmniej 3 pierwsze sezony, które były najlepsze. 

2013/01/01

"Cafe de Flore"



Wczoraj, tuż przed północą, obejrzałam, po raz drugi już, "Cafe de Flore".
Zaskakujące połączenie ludzkich losów. Nic nie jest jednoznaczne, a miłość "zapisana w gwiazdach" może znaczyć coś innego, niż się z pozoru wydaje.
Nie chcę zdradzać Wam nic więcej, dobrze jest obejrzeć ten film w ciemno, nic o nim nie wiedząc.
Piękne zdjęcia, świetny montaż, doskonała muzyka, z którą film po prostu płynie.
Polecam.

PS i nie wyłączajcie go jak tylko pokażą się napisy końcowe, zaraz po nich pojawia się istotny dla całej fabuły szczegół...

"Cafe de Flore"
reż. Jean-Marc Vallée

2012/10/13

Moje ulubione filmy. "Magnolia".


Są takie filmy, które są ze mną od dawna i zostaną na jeszcze dłużej. 
Takie do których wracam, wielokrotnie, co jakiś czas, które dla mnie są w czołówce najlepszych filmów wszech czasów. Chciałabym Wam o nich opowiedzieć.
Do takich filmów należy, dla mnie, "Magnolia". 
Nie chcę go streszczać, pisać o czym jest, kreślić postaci bohaterów, chwalić gry Julianne Moore, Williama H. Macy czy Philipa Seymoura Hoffmana, gdyż ten film jest pełen wybitnej gry aktorskiej, nikt nie schodzi na dalszy plan. Tego trzeba po prostu doświadczyć.
Obraz Andersona jest genialny pod każdym względem: zarówno scenariusza, reżyserii, zdjęć, muzyki, doboru aktorów. Wszystko jest na swoim miejscu, obrazy, wydarzenia, emocje przeplatają się harmonijnie, jak w kalejdoskopie, tworząc coś, czego nie da się zapomnieć i do czego chce się wracać. Wiedziałam o tym, kilkanaście lat temu, kiedy wyszłam z kina, obejrzawszy ten film po raz pierwszy. Utwierdzam się w tym, po każdym ponownym obejrzeniu go. 


"Magnolia"
reż. Paul Thomas Anderson


2012/07/29

"Na krawędzi nieba"



Chodzimy różnymi ścieżkami, mijamy nieznajomych, nie zdając sobie sprawy, jak bardzo czasem nasze losy splatają się. Szukamy kogoś, tak naprawdę szukając drogi do siebie, do zrozumienia, przebaczenia, ukojenia. Mijamy się z tym, czego szukamy najbardziej, ale czy na pewno? Bo dzięki temu, odnajdujemy coś najistotniejszego i uczymy czegoś o sobie. A miłość jest wspólnym mianownikiem.
Wszystko to mogło przydarzyć się każdemu z nas, bo życie składa się z nieprzewidywalnych mgnień i jedno wydarzenie może okazać się kostką domina, która popycha ciąg kolejnych zdarzeń. A każde mimo, że bolesne, ma jakiś głębszy sens.

Bardzo lubię kino tureckie, za chropowatość, prawdziwość, brak lukru i prostotę.

"Na krawędzi nieba" (reż. Fatih Akin), widziałam kilka lat temu i właśnie obejrzałam po raz drugi.
Bardzo polecam!


2011/05/23

"In the mood for love"



Po wielu latach, ponownie obejrzałam "In the mood for love"*. I zatopiłam się w nim.
W subtelny klimat gestów, gry uczuć, która wije się jak ciasne korytarze mieszkań i ciemne, wąskie uliczki Hongkongu. Gdzieś pomiędzy, w czujnym, ludzkim gąszczu toczy się subtelna, powściągliwa gra gestów, spojrzeń, pełna niedopowiedzeń, wyznaczonych zasad. Nic nie jest oczywiste, kropka nie została postawiona. Pozornie powtarzalne sekwencje, które czasem odróżnić można tylko kolorem sukienki głównej bohaterki, podskórnie kipią emocjami. Niemal każdy kadr z tego filmu mógłby być piękną fotografią. Barwy, faktury, detale, nawet odrapane uliczki nabierają czaru. I to coś nieuchwytnego w ruchu, spojrzeniu, dystansie i konwenansach. Odrobinę oniryczne, powolnie płynące z muzyką obrazy, niczym elementy układanki, składają się w całość, w której brakuje kilku puzzli. Nie wszystko jest oczywiste i wcale być nie musi. Film uwodzi obrazem i karmi zmysły.


*"In the mood for love" ("Spragnieni miłości")
   reż. Wong Kar Wai

 

2011/01/14

Energetyczny film, na pochmurny dzień...


Na wstępie chciałam powiedzieć, że nie przepadam za musicalami. Nie jest to po prostu mój ulubiony gatunek.
Myślałam tak, dopóki nie zobaczyłam filmowej wersji musicalu "Mamma Mia", której fabuła zilustrowana jest piosenkami zespołu ABBA. Film wpadł w moje ręce zupełnym przypadkiem, nie byłam przekonana, ale zdecydowałam się go obejrzeć, gdyż gra w nim Meryl Streep, którą uwielbiam i uważam za genialną aktorkę, oglądam każdy, dostępny mi film w którym gra i obejrzałabym ją nawet, gdyby grała karton.
Ale wracając do filmu. Muszę to powiedzieć - cóż za zaskoczenie. Film jest lekki a jego atutem są niestarzejące się i wciąż energetyczne piosenki ABBY, zaśpiewane w nowych aranżacjach, oraz  zaangażowanie aktorów. Widać, że oni po prostu świetnie się przy tym bawili (w dodatkach do filmu wszyscy wspominają pracę na planie niezwykle miło, a Pierce Brosnan żałuje, że tak późno zdecydował się na musical). Nie nudziłam się ani przez chwilę. Film opowiada o matce i córce, prowadzących pensjonat na małej greckiej wyspie. Akcja dzieje się w przeddzień ślubu dziewczyny, której matka nie chce wyjawić, kto jest jej ojcem. Ta znalazłszy pamiętnik matki, dowiaduje się z niego, że jest trzech potencjalnych kandydatów na jej ojca, zaprasza więc na swój ślub wszystkich trzech (w tych rolach Colin Firth, Pierce Brosnan oraz Stellan Skarsgård).
Film jest lekki i jak dla mnie ma świetnie zachowaną równowagę między dialogami śpiewanymi a mówionymi, bo trzeba Wam wiedzieć, że większość emocji, sytuacji jest ilustrowana piosenkami ABBY i zadziwiające jest, jak bardzo one tam pasują. Scena, w której Meryl Streep śpiewa nad urwiskiem jest niezwykła, ma się wrażenie, że śpiewa całą sobą. I tak jest, gdyż wszystkie sceny śpiewane, M. Streep śpiewała na żywo, bez playbacku. Całe zaplecze muzyczne i choreograficzne jest niezwykle solidnie przygotowane i to się czuje. Wszystkie piosenki były nagrywane wraz z dwoma współzałożycielami zespołu ABBA oraz dyrektorem muzycznym, który czuwał m.in. nad tym, by aktorzy śpiewali w odpowiedniej tonacji.
Reżyserem filmu jest Phyllida Lloyd, która reżyserowała broadwayowską wersję musicalu, film wydaje się być zagrany jakby od niechcenia, ale w rzeczywistości jest niezwykle dopracowany (polecam obejrzeć materiały zakulisowe i wywiady z aktorami, reżyserem, choreografem i resztą ekipy).
A jeśli to Was nie przekona, to powiem tylko, że warto obejrzeć go choćby dla sceny, w której panowie tańczą (i śpiewają) w tercecie (i już nic więcej nie zdradzę...).

To nie jest ambitne kino, ale idealne na szary, pochmurny dzień, lub wtedy kiedy potrzeba czegoś, co da nam solidną dawkę pozytywnej energii.